Dlaczego warto wybrać terapię Gestalt?

Poszukam odpowiedzi na pytanie, kiedy terapia Gestalt jest najbardziej wskazana i do rozprawienia się z jakimi problemami najlepiej się nadaje według mojego doświadczenia.

 

Temat 1: samoświadomość

Często w gabinecie słyszę, że klient nie wie, czego chce ani w danej chwili, ani w życiu w ogóle, co dobrze koresponduje z duchem czasów, w których żyjemy – mamy liczne opcje do wyboru, mnogość „gotowców” i od najmłodszych lat jesteśmy posyłani na przeróżne „udoskonalające” zajęcia. Za to mało uwagi kierujemy do wewnątrz, również do ciała, które taktujemy przedmiotowo – jako nośnik wizerunku, sprawności, osiągania celów.

Czasami to właśnie ciało daje nam ostateczny sygnał, że dzieje się z nami coś niedobrego i wtedy do terapii „przyprowadza” nas taki objaw jak bóle głowy, trudności ze snem, pogorszenie sprawności motorycznej, wahania wagi ciała, kołatania serca i wiele innych. Zawsze w takich przypadkach warto najpierw zainwestować w diagnozę medyczną i jeśli lekarze stwierdzą brak podstaw fizjologicznych do występowania objawów, wówczas zwrócić się do psychoterapeuty. Nie spodziewajmy się jednak, że gestaltysta ochoczo zabierze się za usuwanie objawu – raczej skupi się na poszukiwaniu razem z klientem rozumienia, znaczenia, kosztów i zysków z utrzymywania i rozwijania danego symptomu. Zgodnie z teorią paradoksalnej zmiany oraz z gestaltowską koncepcją oporu, warto przyzwolić czemuś niechcianemu (nomen omen) objawić się w pełni. To trochę jak zaproszenie wroga na obiad, by się poznać i uzgodnić terytorium wpływów, zamiast zbrojnej partyzantki, która zużywa naszą energię i może wyniszczać.

 

Podczas sesji psychoterapii Gestalt pracujemy z ciałem, co oznacza, że nie tylko przegadujemy różne problemy i wyobrażamy sobie ewentualny przebieg wydarzeń i procesów emocjonalnych, ale ustawiamy się fizycznie w przestrzeni, zachęcamy do wyrażania emocji poprzez ruch ciała, a nawet wchodzimy w bezpośredni kontakt fizyczny, jeśli ma to uzasadnienie kliniczne i obie strony interakcji wyrażają na to zgodę. Dzięki temu „wychodzimy z głowy” ku realnemu doświadczeniu i czuciu, mamy okazję uczyć się, co oznaczają dla danej osoby różne odczucia, które do tej pory ignorowała i z jakimi problemami interpersonalnymi się one wiążą.

 

Samoświadomość, pojęcie już dość wyświechtane, to jednak nie tylko wrażenia cielesne i emocjonalne. Chodząc na terapię, poświęcamy sobie przynajmniej godzinę w tygodniu i bardzo często staje się to godzina pełnej uważności, w trakcie której z drugą – również uważną oraz nieoceniającą – osobą możemy eksplorować świat swoich preferencji, wartości, pragnień i tego, czy i jak przekładamy to na wybory życiowe małe i doniosłe. Przyświeca nam bowiem założenie, że jeśli odkryjemy, kim jesteśmy i czego chcemy, to odpowiedzialne postępowanie polegać będzie na robieniu tego, co jest z nami spójne. Proponujemy śledzenie własnego strumienia świadomości z chwili na chwilę tu i teraz w gabinecie, czasami zaczynając od (pozornie) najprostszych wyborów, np. Czy chcesz siedzieć na fotelu czy na podłodze? Czy wolisz siedzieć tu ze mną na sesji, czy iść do galerii? Po czym to poznajesz? I co w związku z tym postanawiasz? Jak się czujesz z tym wyborem?

 

Temat 2: granice i potrzeby

Jak można funkcjonować z innymi ludźmi, gdy nie znamy i nie czujemy samych siebie? Gestaltyści znają co najmniej trzy określenia na mechanizmy, które nam „umożliwiają” takie wtopienie się w tło, że znikamy z relacji, a jednocześnie ją zachowujemy: konfluencja, projekcja i profleksja.

 

Pierwszy sposób polega na tym, że „zlewamy się” z drugą osobą, czyli nie wiemy, co sami wolimy, ale na pewno wolimy to, co druga osoba, a jeśli jesteśmy dość rzutcy i lubimy przekuwać napięcie w czyn, to możemy działać na rzecz zaspokojenia potrzeb tej drugiej osoby (to trzeci z wyżej wymienionych mechanizm). Oczywiście, często to nie jest potrzeba, którą czuje nasz interakcyjny partner, ale jesteśmy przekonani, że my dla niej/niego robimy coś dobrego. Prowadzić to może do licznych nieporozumień, frustracji i poczucia niedocenienia. W zasadzie profleksja jest blisko spokrewniona z projekcją, w której swoje (nierozpoznanie) uczucia i wrażenia przypisujemy innym, by nie musieć się z nimi identyfikować. Najczęściej wykorzystujemy ją do przerzucania nieprzyjemnych dla nas stanów i cech, np.: nieszczerości, zawiści, wściekłości, niechęci, albo miłości lub pożądania, które też bywają trudne do przyjęcia.

 

Owe sposoby unikania kontaktu ze sobą i z innymi wynikają z trzech kłopotów:

  • niewyłaniania własnej potrzeby/figury (czyli czegoś, ku czemu kierujemy swoją uwagę, coś co wybieramy jako ważne dla nas w danej chwili) – tu wracamy do tematu samoświadomości, ale i zahaczamy o kłopoty relacyjne,
  • niejasności co do przebiegu granic interpersonalnych i nietolerowania różnic między sobą a innymi,
  • przekonania, że jeśli będziemy wyraziści i dookreśleni, jeśli najpierw zadbamy o swoje potrzeby, ważna dla nas osoba nas zostawi.

 

W psychoterapii Gestalt radzimy sobie z powyższymi nie tylko analizując sytuacje, w których klient uczestniczył poza gabinetem, ale również, a czasem głównie, śledząc to, co dzieje się pomiędzy klientem a terapeutą, ponieważ zazwyczaj kwestie bycia zależnym od drugiej osoby i jej zdania aktualizują się w gabinecie. Wówczas działanie „leczące” ma choćby szukanie własnych celów terapeutycznych, (a nie tych, nad którymi kazał pracować psychiatra albo żona). Przydatne są także wszelkie wydarzenia, pojawiające się w polu między klientem a terapeutą, takie jak spóźnienia, zapomnienia o sesji czy przeżywanie różnych emocji, o których klient uczy się mówić tak, by to było zgodne z nim/nią, a zarazem nieatakujące (np. kiedy nie zgodziłaś się na przedłużenie sesji, zezłościłam się na ciebie tak bardzo, że chciałam więcej nie przyjść). Kiedy mamy już zbudowaną bezpieczną i otwartą relację, łatwiej też klientowi testować różne sposoby odmawiania (np. wykonania jakiegoś ćwiczenia czy przesunięcia godziny spotkania) i wyrażania odmiennego zdania niż ma jego terapeuta.

 

Temat 3: agresja i działanie

Kolejną trudnością, jaką napotykamy, gdy już wiemy, co czujemy lub czego chcemy, jest blokowanie wyrażania siebie. „Zapuszkowujemy” emocje i intencje kontaktu ze środowiskiem, co skutkować może: samotnością, doświadczaniem depresji, stagnacji, poczucia bezsensu lub „wybuchami” emocji nieadekwatnymi do sytuacji. W przyrodzie nic nie ginie, dlatego niewyrażone przeżycia kumulują się, przeistaczają w inne stany i objawy, dając poczucie chaosu i braku kontroli. Jeśli nie przeżyjemy żałoby, kolejne, choćby małe straty będą w nas otwierać spory pokład żalu i smutku; jeśli nie powiemy o swojej złości, z czasem będziemy „bez powodu” napięci i zirytowani; jeśli nie damy znać, że jest nam przykro i zamiast tego „strzelimy focha”, to będziemy się czuć coraz bardziej niezrozumiani; ewentualnie nasz organizm zamieni te emocje na objaw somatyczny. Oczywiście nie postuluję impulsywnego działania bez kontaktu z rzeczywistością i rozumem.

 

Zamiast realnego kontaktu opowiadamy o nim w kategoriach domniemanych rezultatów ewentualnego działania, odkładamy sprawy do załatwienia na wieczne nigdy, rozważamy miliony opcji, które moglibyśmy wybrać, wyobrażamy sobie, że wiemy, jak inni odpowiedzieliby na nasz ruch, gdybyśmy go wykonali i, mówiąc po ludzku, kręcimy się w kółko zużywając energię nie na to, o co nam chodzi, (a mówiąc żargonem – uprawiamy defleksję).

 

Jest jeszcze jeden ważny aspekt, który osoby niezaznajomione z terapią Gestalt, witają ze zdziwieniem. Mianowicie – agresja, czyli sięganie na zewnątrz siebie w celu zaspokojenia swojej potrzeby albo obronienia siebie. Bycie agresywnym z zdrowy sposób jest wzięciem odpowiedzialności za swoje pragnienia i nie ma nic wspólnego z przemocą, która przekracza granice innych osób lub obiektów.

 

Zatem w psychoterapii Gestalt zajmujemy się udrożnieniem „przepływu” od impulsu, któremu nadajemy znaczenie do działania na rzecz domknięcia figury, o której ten impuls świadczy. I dotyczy to nie tylko złości i frustracji, ale również takich uczuć i intencji jak tęsknota i chęć zbliżenia się do kogoś. W trakcie sesji i w ramach relacji terapeutycznej klienci postanawiają zaryzykować swój obraz (np. jako osoby samowystarczalnej albo uległej) i pokazać się (np. poprosić o coś dla nich albo wyznać, że coś im nie pasuje w relacji) w interakcji z terapeutą. W ten sposób integrują różne części siebie i widzą siebie w bardziej wielowymiarowy sposób. A później, zbudowani dobrym doświadczeniem z sesji, mogą podejmować próby innego niż dotąd zachowania poza gabinetem, w tak zwanym „realnym życiu”.

 

Temat 4: sztywność i nadaktywność

Kolejnym obszarem przejawiania się problemów, z którymi można zgłosić się na psychoterapię Gestalt jest działanie. Zwłaszcza w kulturze, w której ceni się bardziej aktywność, zmianę i wytwarzanie niż introspekcję i zadumę, jesteśmy szczególnie narażeni na pokusę działania bez kontaktu ze sobą. Co to znaczy? Że angażujemy różne projekty, za które nagrodą jest tryumfalistyczny moment odhaczenia zadania z listy, podziw innych albo pieniądze, a nie jesteśmy zorientowani, po co to robimy i jakie nasze potrzeby miałoby to zaspokoić. Często też działamy by wypełnić introjekt, czyli zakaz lub nakaz, który uwewnętrzniliśmy bez jego „przetrawienia”. Świetnym przykładem jest imperatyw utrzymywania nieskazitelnej czystości w domu, nienagannego wyglądu albo przymus „wyrabiania się” z pracą. Oczywiście niejedna osoba może polemizować, że porządek, atrakcyjność i pracowitość to cnoty, a nie problemy. Jako gestaltystka patrzę jednak na nie podejrzliwie, gdy osoba przejawiająca te cechy jest usztywniona w perfekcyjności, co oznacza, że nigdy nie pozwala sobie na przesunięcie się ku drugiemu biegunowi. Przebywanie bez przerwy w jednym „wymiarze” siebie jest najczęściej przejawem (głęboko skrywanego) lęku, przed którym bronimy się wzmożoną samokontrolą (podobnie jest z kompulsjami i obsesjami, które są skrajnym przejawem usztywnienia). Właśnie dlatego uważam załamania za okazję do rozwoju – czasem tylko złożeni chorobą lub kryzysem emocjonalnym, zaczynamy siebie pytać: po co właściwie to wszystko? Jak to się ma do tego, kim jestem i co jest dla mnie ważne?

Podobnie jak w przypadku wyżej omawianych obszarów problemowych, podczas sesji obserwujemy, czy również w relacji terapeutycznej klient autentycznie jest w kontakcie, czy strasznie się stara idealnie wypełnić rolę klienta, czy decyduje się „odgrywać siebie”, czy jest zaciekawiony tym, co nowego może o sobie odkryć. Zachęcamy do eksplorowania drugiego bieguna, na który klient nie pozwala sobie na co dzień, choćby w ramach eksperymentu i próby. Zdrowie psychiczne bowiem wymaga elastyczności. Początkowo ten drugi biegun wydaje się nam obcy, choć czasem przyjemny i po jakimś czasie takiego „pływania” pomiędzy skrajnościami uczymy się odnajdować to, co jest w danym momencie (życia) zgodne z nami, (a nie – z przypisanym nam obrazem). Warto więc wypróbować takie np. „modalności” siebie jak: stanowczy – łagodny, namiętna – chłodna, planujący – improwizujący, zadaniowa – czuła, zmobilizowany – rozluźniony, towarzyska – wycofana

 

Temat 5: kontakt z innymi

Gestaltyści (choć nie tylko) wychodzą z założenia, że Ja nie istnieje bez Ty. Zanim wykształcimy poczucie siebie i własnej odrębności, czujemy, że mama jest przedłużeniem nas samych (i w jakimś sensie tak jest aż do końca normalnej rozwojowo fazy symbiozy). Również w życiu dorosłym to, co nas łączy z innymi ludźmi jest źródłem przeróżnych emocji i doświadczeń, czasami bardzo trudnych. W takich przypadkach reagować możemy obronnie, czyli na bazie swojego lęku (głównie przed oceną i odrzuceniem), a nie w kontakcie z drugą osobą. W innych przypadkach, gdy ktoś przekracza nasze granice, a my się nie bronimy, rozwijamy w sobie bezradność ofiary i brak poczucia wpływu na własne życie. W terapii indywidualnej śledzimy, jaka jest geneza, czyli jak nasze przeszłe doświadczenia relacyjne usposobiły nas do takiego, a nie innego budowania relacji w życiu dorosłym oraz pracujemy nad tym, byśmy zaczęli to robić adekwatnie do teraźniejszości, a nie nawykowo (czy z przeniesienia).

 

W terapii Gestalt „pracujemy na relacji”, co oznacza, że i terapeuta i klient są szczerze zaangażowani w to, co się dzieje między nimi i wykorzystują to doświadczenie do tego, by dowiedzieć się czegoś ważnego o sposobie budowania kontaktu przez klienta. Następnie można się zastanowić, czy podobnie dzieje się poza gabinetem i czy stanowi to źródło problemów. W takim sensie Gestaltysta jest narzędziem swojej pracy, (dobrze) nastrojonym czujnikiem i źródłem informacji zwrotnej. Ponieważ uważamy, że każde interakcyjne pole jest współtworzone przez wszystkie zaangażowane weń elementy, terapeuci Gestalt zadają sobie też pytanie, w jaki sposób oni sami przyczyniają się do takiego, a nie innego kontaktowania się z danym klientem (i czy jest to informacja o terapeucie czy o kliencie).

 

W terapii dla par, w której zachęcamy klientów do mówienia do siebie nawzajem, a nie do terapeuty, mamy kapitalną okazję nauczyć się słuchać ukochanej osoby oraz wyrażać siebie. W skrócie, uczymy się autentycznej komunikacji i kontaktu, które są podstawą budowania więzi.

 

Terapia grupowa i treningi interpersonalne szczególnie przydają się do pracy z takimi problemami jak lęk społeczny, wstyd, niestabilne lub zanikające relacje, czy wchodzenie w zależną pozycję. Podczas spotkań grupowych, które stanowią swoisty mikrokosmos społeczny, klienci mają okazję do sprawdzenia, jak naprawdę inni na nich reagują, ponieważ umawiamy się na szczerość i wzajemne zaangażowanie. Oznacza to, że przystępując do grupy terapeutycznej każdy pracuje zarówno na swoją rzecz, jak i na rzecz innych. Grupa daje też szerszy wachlarz możliwości jeśli chodzi o konstruowanie eksperymentów, szczególnie tych z wykorzystaniem psychodramy i bezpośredniej wymiany między uczestnikami. Na przykład, możemy sprawdzać, czy nasze odczucia (emocjonalne czy z ciała) lub myśli i przekonania zmieniają się w zależności od tego, z kim wchodzimy w interakcję.

 

Słowo końcowe

Specyficzny sposób i metody pracy w terapii Gestalt oraz jej filozoficzne i psychologiczne założenia przekładają się na to, jakimi problemami zajmuje się ona się najchętniej i z największym powodzeniem. Ogólnie rzecz ujmując należą do nich wszystkie zagadnienia wynikające z zatrzymania i zablokowania kontaktu ze sobą i środowiskiem, którego składnikiem są inni ludzie oraz te powiązane z fragmentaryzacją, czyli niedostrzeganiem powiązań między różnymi procesami w skali mikro i makro.

 

Gdybym chciała opisać wszystkie możliwe cele terapeutyczne, jakie pojawiają się w zapotrzebowaniu klientów zgłaszających się do psychoterapeuty Gestalt, zapewne musiałabym napisać bardzo grubą książkę. Dlatego na koniec pozwolę sobie wymienić jeszcze kilka kierunków pracy – należą do nich: redukcja stresu, osiąganie ugruntowania i pełnego oddechu, zmienienie sposobu postrzegania siebie, zwiększenie poczucia witalności i spontaniczności, (co wiąże się też z identyfikacją i realizacją swoich potrzeb seksualnych), uniezależnianie się od rodziny pochodzenia czy poszukiwanie sposobów realizowania kreatywności.

 

Warto też dodać, że powyżej pisałam o przejawach problemów, które występując w różnym nasileniu dotyczą zarówno osób dobrze funkcjonujących, jak tych, którzy mają większe kłopoty (np. to, co psychiatrzy nazywają zaburzeniami osobowości, lękowymi czy afektywnymi). Terapia Gestalt może być odpowiednia dla całego spektrum nasilenia problemów, jednak najważniejsze jest, by podczas konsultacji do terapii wybrać psychoterapeutę, z którym czujemy lub wierzymy, że mamy szansę na efektywną i bezpieczną pracę.

 

 

Natalia Żuk-Michałowska

Skoro martwi się nie żywią, to dlaczego żywi się martwią?

Zamartwianie się powodować może silny stres, a co za tym idzie – dolegliwości somatyczne (bóle brzucha, mdłości, zaburzenia trawienia, bezsenność, zaburzenia rytmu pracy serca, bóle głowy, a nawet – kręgosłupa). Czasami mówimy, że mamy zmartwienia, co miałoby wskazywać na obiektywną ich naturę. Tymczasem, to, czy się zamartwiamy zależy od naszej aktywności (poznawczej, emocjonalnej i działania). Może warto przyjrzeć się temu zjawisku nieco bliżej?

 

Co to właściwie znaczy „martwienie się” i na bazie jakiej emocji powstaje?

Słownik etymologiczny języka polskiego podaje, że do XV wieku źródłosłów wyrażenia „martwić”, czyli słowo „mrzeć”, odnosił się do uśmiercania. Dopiero od XVI wieku przyjęło się używanie go w kontekście myślenia z niepokojem o zgryzotach i troskach. Zaczęłam się więc zastanawiać, jakie powiązanie widzieli (świadomie lub nie) nasi przodkowie między zabijaniem a martwieniem się. Innymi słowy: czego się pozbawiamy, martwiąc się?

Zamartwianie się „zabiera” nas, naszą przytomną obecność z rzeczywistości i teraźniejszości, ponieważ oddając się zamartwianiu najbardziej w kontakcie jesteśmy ze swoim lękiem o przyszłość i myślami na ten temat. Cały proces wygląda zatem tak:

  1. chcemy określonego przebiegu zdarzeń w przyszłości,
  2. zakładamy, że z jakiegoś powodu on się nie zrealizuje i taki antycypowany stan rzeczy budzi nasz lęk,
  3. czujemy się wobec tego bezradni,
  4. zaczynamy myśleć, co można zrobić, by tego uniknąć (to może motywować do działania, czasami sensownego, czasami nie), jakie katastrofy przyniesie (to powoduje wzrost lęku), co powinniśmy byli zrobić, by nie stworzyć szansy powstania zagrożenia (to powoduje poczucie winy).

Biorąc pod uwagę dwa odczucia, których połączenie sprzyja zamartwianiu się, czyli lęk i poczucie bezradności, łatwo odgadnąć, że zamartwianie się jest pewną czynnością zastępczą, służącą obronie przed bezsilnością. Często odnosiłam – tak w życiu, jak i w gabinecie terapeutycznym – wrażenie, że kiedy ktoś się zamartwia, to tak naprawdę nie wierzy w to, że jest w danej sytuacji bezradny i owa aktywność umysłowa daje złudzenie, że odzyskuje sprawczość. Działa to moim zdaniem na tej samej zasadzie co takie behawioralne odpowiedniki radzenia sobie z lękiem jak: uczynienie znaku krzyża, gdy się boimy, spluwanie przez ramię, czy sekwencje ruchów baseballisty przed ważnym uderzeniem. Oczywiście, kiedy zaczynamy się martwić nie rozważamy tego tak dokładnie i decyzja, by zacząć się martwić nie zapada na poziomie świadomości – jest raczej nawykowym odruchem.

 

Czemu jedni się martwią, a inni nie?

Skoro już wiemy, że martwimy się po to, by nabrać poczucia, że jednak nie jesteśmy bezsilni i możemy nie dopuścić do sytuacji, która budzi nasz lęk, warto zastanowić się, dlaczego niektórzy są bardziej skłonni do zmartwień. Po pierwsze jako dzieci uczymy się naśladując naszych opiekunów i tą drogą nabywamy pierwsze „kompetencje” w zamartwianiu się. Po drugie, musimy mieć lękowy przekaz od opiekuna, najpewniej od matki o takiej np. treści: „świat jest niebezpieczny, a ludzie cię wykorzystają”, „stanie się coś złego”, „jeśli nie pomyślisz o wszystkim, spotka cię kara”, (bardzo polecam: http://www.polskieradio.pl/9/3901/Artykul/1461640,Leki-przechodza-z-pokolenia-na-pokolenie oraz http://www.ted.com/talks/annie_murphy_paul_what_we_learn_before_we_re_born). Po trzecie, ważną sprawą dla nas musi być kontrolowanie „sytuacji”, (gdyby tak nie było, po prostu zwinęlibyśmy się w kłębek i trwali w lęku i wycofaniu). Po czwarte, co związane z trzecim, mamy tendencję do życia przyszłością i przekonania, że musimy o nią zadbać lub zaplanować ją. Jak każde zachowanie zabezpieczające, także i ciągłe próby przezwyciężenia niewiedzy dotyczącej przyszłości tylko podtrzymują lęk. Nie znam osoby, która zaangażowana jest w myślenie o przyszłości, a która nie doświadczałaby jakiejś dozy niepokoju. W skrajnych przypadkach kompozycja takich uwarunkowań i cech tworzy zaburzenie obsesyjno-kompulsywne.

 

Jak się nie martwić?

Najpierw warto zbadać, czy w danej sytuacji nasze martwienie się cokolwiek może zmienić na lepsze. Jeśli od martwienia się przechodzimy do ułożenia planu i wprowadzenia go w życie, a potem doznajemy ukojenia, to jest OK (np. martwimy się o to, że z piecyka gazowego ulotni się czad i wobec tego montujemy czujnik, a potem śpimy spokojnie). Jeśli jednak nasz poziom napięcia nie obniża się, wówczas proponuję następujące kierunki działania:

  • zadaj sobie pytanie, co by się stało, gdybym się nie martwił?(nie chodzi tu o racjonalne myślenie, ale o odkrycie logiki przekazu rodzinnego lub emocjonalne zależności, więc odpowiedź może być irracjonalna);
  • skup się na teraźniejszości, zwłaszcza na swoim ciele, np. wykonując ćwiczenia fizyczne, zwłaszcza te tonujące jak joga;
  • pomedytuj lub pomódl;
  • wykonaj ćwiczenie „7 pulsów” (znajdź swój puls i zrób wdech trwający siedem uderzeń pulsu, tak samo długi wydech i całość powtórz siedem razy – jest to też świetny sposób radzenia sobie z napadem paniki);
  • poszukaj wsparcia u innych ludzi, którzy są ci życzliwi – „przegadywanie” problemu i zyskanie różnych punktów widzenia go może znacznie obniżyć lęk;
  • zadaj sobie pytanie, co jest w zakresie mojego wpływu? i planuj tylko to, co od ciebie zależy.

A jeśli sam nie możesz się uporać z zamartwianiem się, które stało się rodzajem obsesyjnego myślenia, udaj się na psychoterapię.

Natalia Żuk

Kinoterapia

Kinoterapia powstała jako dodatkowe narzędzie pracy terapeutycznej w Stanach Zjednoczonych w latach 80. i tam też jest najbardziej popularna. Jednakże początki samej idei sięgają czasów starożytnych i Arysotelesa (tak, tak). Wszyscy zapewne słyszeli o katharsis, czyli oczyszczającym przeżyciu często towarzyszącym oglądaniu greckich tragedii.
Filmoterapia, podobnie jak biblioterapia (chodzi o książki, nie o Biblię:-)), opiera się na trzech głównych procesach, spośród których oczyszczenie jest drugim. Pierwszym zaś jest identyfikacja, czyli utożsamienie się z losami i dylematami bohatera. Dzięki temu zjawisku razem z fikcyjnymi postaciami przeżywamy całą gamę uczuć, czasami takich, do których na co dzień nie mamy dostępu. Niektórzy bardzo poważni i zasadniczy dżentelmeni potrafią śmiać się do rozpuku podczas oglądania filmu, a dzielnie i zdroworozsądkowe kobiety – rzewnie płakać, podczas gdy nie umieją wzruszyć się rzeczywistymi wydarzeniami. Jeszcze inni mogą zainspirować się rozwiązaniami problemu, jakie wybrał bohater filmowy, aby pokierować swoimi sprawami. Takie zaangażowanie w alternatywną rzeczywistość jest dla nas bezpieczniejsze niż eksperymentowanie i przeżywanie w realnym życiu, ponieważ nie ciążą na nim konsekwencje, a obserwując zmagania bohaterów możemy nabrać dystansu do własnych kłopotów. Wraz z rozwojem akcji, (najczęściej na końcu), wchodzimy w etap oczyszczenia, które jest trudnoopisywalnym doświadczeniem, i któremu towarzyszą różnorodne uczucia: ulgi, radości, wzruszenia, refleksyjnego spokoju, nadziei. Krytycy filmowi mogą się zżymać na Hollywood, że wszystkie ich produkcje kończą się łatwym do przewidzenia happy endem, ale to jest właśnie potrzebne zestresowanym i pochłoniętym realizacją kolejnych celów odbiorcom. Trzecim etapem kinoterapii jest tzw. wgląd, który (w uproszczeniu) polega na zrozumieniu istoty własnych problemów czy konstrukcji psychicznej. Oglądanie filmu ułatwia takie „olśnienia”, ponieważ nie dochodzimy do nich własnym wysiłkiem, ale poprzez porównanie sytuacji postaci filmowej do naszej i naszego otoczenia. Dodatkowo krzepiącym elementem jest fakt, iż nie tylko my doświadczamy tego strasznego i, wydawałoby się, nierozwiązywalnego problemu. Ktoś może powiedzieć: „ok., ale ten facet z filmu był wymyślony”. Mogę na to odpowiedzieć: „ok, ale jego twórca musiał się inspirować jakąś, czyjąś rzeczywistością”. Jakkolwiek wyjątkowi byśmy byli, jesteśmy ludźmi i nasze osobiste problemy często są zanurzone w uniwersalnych kwestiach, takich jak: samotność, beznadzieja, wyzwania, przyjaźń itd.

Założę się, że przez ten kinoterpaeutyczny proces, przechodziłaś/ -łeś wiele razy nawet o tym nie wiedząc. I nic nie szkodzi – filmoterapia między innymi dlatego jest tak skutecznym narzędziem, że angażuje bardziej nasze serca niż głowy. Do tego celu możesz wybrać poważny i „życiowy” dramat (np.: „W pogoni za szczęściem”), wzbudzającą nadzieję komedię dla rozluźnienia (np. „To właśnie miłość”), albo dzieło głębokie i symboliczne (np. „Czarny łabędź”).

[Natalia Żuk]

W ramach psychoedukacyjnej akcji „RE:akcja w depresji” poprowadziłyśmy kinoterapię w Miejskim Punkcie Kultury PREXER-UŁ, a wcześniej – warsztaty kinoterapeutyczne dla młodzieży na Mazurach w ramach współpracy z Ełckim Stowarzyszeniem Aktywnych „Stopa”.

Powiązania sfer świadomości

Sposób myślenia jest ściśle powiązany zarówno z naszymi emocjami, reakcjami cielesnymi, jak i zachowaniami. Prosty przykład: mężczyzna „wie”, że kobieta, która mu się podoba sądzi, że on jest nieudacznikiem (fantazja, a bardziej fachowo – projekcja). W związku z tym, gdy ją spotyka, zaczyna się wstydzić, lękać o to, jak ona odpowie na jego przywitanie (emocje), trzęsą mu się dłonie i poci się okrutnie (ciało). Nie ma szans na to, by zamienić z nią dwa słowa o pogodzie, nie mówiąc już o zaproszeniu na kawę (zachowanie). Ponieważ zaniechał działania i nie nawiązał rozmowy z kobietą, potwierdził swoje pierwotne przekonanie – „Jestem nieudacznikiem, ona nawet na mnie nie spojrzy” (myśl). Przykład odwrotny? Kobieta czeka na rozmowę o pracę, w czasie której ma być przepytana z tematów, którymi miałaby się zajmować. Bardzo zależy jej na tej posadzie i słyszała, że rekruter jest arcysurowy. Zaczyna przeżywać przerażenie (uczucia), żołądek kurczy się, jelita pracują jak szalone (ciało), a w głowie – chaos i przewidywanie porażki (myśli). Zamiast rozwijać możliwe scenariusze zdarzeń, łącznie z tym, jak spłaci kredyt, jeśli nie dostanie tej pracy, skupia się na swoim oddechu, siada wyprostowana i mocno opiera stopy na podłodze. Oddycha coraz głębiej i swobodniej, liczy sekundy wdechu i wydechu, a może także powtarza sobie jakieś krzepiące zdanie. Myśli rzecz jasna ciągle się pojawiają (taka ich natura), kobieta zauważa je i pozwala im odpływać. Nadal czuje lekkie kłucie w żołądku, ale stres zmniejsza się, a co najważniejsze – nie eskaluje.

O ile nie jestem zwolenniczką oszukiwania się i „programowania na sukces”, o tyle uważam za rozsądne urealnianie się w rzeczywistości i bycie uważnym.

[Natalia Żuk]

Sfera świadomości – pośrednia

Dla wielu ludzi jest to sfera ulubiona, bo jest niczym nieograniczona – jest to jej potencjał i zagrożenie zarazem.
Pośrednia sfera świadomości to nasze myśli, wyobraźnia, wszystko to, co „produkuje” mózg. Dzięki niej planujemy, wspominamy, przewidujemy, uczymy się. Korzystamy z jej dobrodziejstw wszyscy, a szczególnie potrzebna jest naukowcom, różnego rodzaju analitykom, artystom, nauczycielom czy duchownym, ponieważ oni często poruszają się w dziedzinie abstrakcji. Z drugiej jednak strony myśli są tym, co przeszkadza nam pozostać uważnymi w tzw. „tu-i-teraz”, zabierają nas nie tylko w krainę naszych marzeń, ale i lęków. Zauważyliście, że zazwyczaj boimy się tego, co może się zdarzyć, a nie tego, co faktycznie się wydarza? To właśnie nasze wyobrażenia na temat przyszłości sprawiają, że martwimy się (lub żywimy nadzieję).

Skąd określenie „sfera pośrednia”? Nasze myśli pośredniczą między doznaniami wewnętrznymi (ciało i emocje) a zewnętrznymi (zmysły) i nadaje znaczenie sygnałom, jakie z nich płyną. Czasami przez to wpadamy w błędne koło, np. interpretując nerwoból jako zawał serca i martwiąc się, że zaraz umrzemy. Zaś często przezywając stres, wpływamy na gorsze funkcjonowanie naszego układu nerwowego i pracę serca. Myślcie zatem świadomie, nie tracąc kontaktu z rzeczywistością wtedy, gdy to jest niepotrzebne.

[Natalia Żuk]

Sfera świadomości – zewnętrzna

Za treści znajdujące się w zewnętrznej sferze świadomości odpowiadają zmysły. Pomagają nam one odczytywać informacje płynące od świata zewnętrznego do nas samych. Od zawsze był to warunek sine qua non przetrwania całego gatunku i pojedynczych organizmów. To banalne stwierdzenie jest aktualne choćby w momencie, gdy czytasz ten wpis albo gdy przechodzisz przez jezdnię.
Oprócz orientacji w świecie, korzystanie ze zmysłów służy również innym celom. W podejściu Gestalt (nie tylko w psychoterapii, ale również w postawie życiowej) ważne jest doświadczanie życia w całej jego pełni. Oznacza to dużą ciekawość i otwartość na otaczające nas przedmioty, zapachy powietrza i ludzi wokół nas. Mistrzami w takim poznawaniu świata są często dzieci – „obmacują” zabawki w sklepach, a moja koleżanka z podstawówki lizała drzwi od windy!
Kiedy ostatnio patrzyliście na swoich partnerów z uważnością osoby zakochanej? Jaki kolor tęczówek mają wasze dzieci? Oczywiście nie jest ani potrzebne, ani możliwe interesowanie się wszystkimi bodźcami, które nasz organizm byłby potencjalnie w stanie odebrać. Dlatego optymalną sytuacją jest, gdy świadomie korzystamy z selektywności odbioru, mając zarazem odwagę do pogłębiania tego zmysłowego doświadczania świata.

[Natalia Żuk]

Sfera świadomości – wewnętrzna

W psychoterapii Gestalt wyróżniamy trzy sfery świadomości – wszystkie są równie ważne i równie wartościowe. Często używa się nawet porównania człowieka do stołu o trzech nogach. Dziś o pierwszej z nich – sferze wewnętrznej.

Świadomość wewnętrzna to emocje i sygnały z ciała, takie jak ból brzucha, smutek czy radosne poruszenie w splocie słonecznym. Dobrze, jeśli traktujesz te odczucia jako informacje od siebie dla siebie o sobie. Na przykład, gdy czujesz jak bardzo ściśnięty jest twój żołądek, możesz zacząć zdawać sobie sprawę ze swojego stresu, zmartwienia i zacząć ”nad nim pracować” – zaakceptować, zrozumieć powody albo po prostu zadbać o siebie i zrelaksować się. Czasem mam wrażenie, że wszyscy zapominamy o sobie i dopiero poważne zaburzenia funkcjonowania stanowią szansę na wprowadzenie zmian, dostrzeżenie swoich potrzeb i otrzymanie pomocy. Podobnie jest z emocjami – zresztą łatwo „zamienianymi” przez organizm na objawy somatyczne oraz tzw. „bloki mięśniowe”. Jeśli na przykład nie rozładowujesz swojej codziennej złości lub frustracji, możesz doświadczać migrenowych bólów głowy „niewiadomego pochodzenia”. Czy na pewno niewiadomego? Świadome doświadczanie stanów emocjonalnych jest nie tylko zdrowe, ale i przydatne – wsłuchując się z otwartością w swoje wnętrze, łatwiej będzie ci rozpoznać, co jest dla ciebie ważne, jakiego wyboru dokonać, jakie są twoje potrzeby.

Troska o siebie nie jest wyrazem egoizmu 🙂

[Natalia Żuk]