Zachowaj gotowość do eksperymentowania i otwartość na nowe doświadczenia. Dzięki temu możesz doświadczyć zmiany i rozwoju*

Odkąd zobaczyłam zdjęcie, przedstawiające pytanie: kiedy ostatnio zrobiłeś coś po raz pierwszy?, często o tym myślę. Po co nam doświadczanie nowości? Jak to się ma do wychodzenia ze strefy komfortu?

 

Czym jest eksperyment?

Kiedy proponuję klientom eksperyment np. polegający na ekspresyjnym ruchu ramionami w celu rozładowania napięcia, czasem słyszę, że to nie pomoże, bo już próbowałem. W jakimś sensie wszystko jest po raz pierwszy, bo rok temu nie byliśmy dokładnie tym, kim jesteśmy dzisiaj, bo nie próbowałeś tego w tej relacji i nie wiesz, jakie emocje wywoła to działanie dziś ze mną. Zatrzymanie się na tym, że skoro zraniło mnie trzech facetów, to oznacza, że czwarty zrobi to samo jest robieniem sobie krzywdy, bo odmawia się sobie szansy na zmianę. Na domiar złego taki sposób myślenia i postepowania działa jak samospełniające się proroctwo. Zatem miejsce na eksperyment jest wszędzie tam, gdzie reguły, przeszłe doświadczenia i wszelkie inne usztywnienia nie grają pierwszych skrzypiec. Wtedy budzi się w nas ciekawość i otwartość, a życie staje się interesujące. Między innymi dlatego bardzo lubię swoją pracę – nigdy nie wiem, co się wydarzy.

 

Pierwszyzna, czyli po co nam nowe doświadczenia

Przypomnijcie sobie sytuację, kiedy robicie coś po raz pierwszy. Jakie towarzyszą temu emocje? Jeśli było to w miarę bezpieczne, to pewnie czuliście ekscytację, czyli wysokie pobudzenie fizjologiczno-emocjonalne, połączone z zaciekawieniem, może radością lub podnieceniem. Jeśli nie czuliście się bezpiecznie, to zapewne w przeżywaniu nowości doświadczyliście lęku lub strachu. Najczęściej zaś występuje mieszanka wszystkich wyżej wymienionych. Już samo to pokazuje, że doświadczanie czegoś nowego kieruje naszą świadomość (awareness) do naszych zmysłów i emocji, które na co dzień coraz częściej odwrażliwiamy, (co jest na dłuższą metę niebezpieczne). Zatem dzięki „pierwszyźnie” czujemy z całą możliwą intensywnością, co otwiera nas na innych, na swoje ciało, a nierzadko i na kwestie duchowe.

 

Co więcej, branie udziału w nowych doświadczeniach jest źródłem wiedzy o sobie i innych, nie mówiąc już o wiedzy o świecie. Kiedy po raz pierwszy występujemy publicznie, próbujemy nowego rodzaju seksu, kiedy spotykamy nowych ludzi, często rewidujemy swoje przekonania na własny temat. Ja na przykład przekonałam się, że jednak przeżywam lęk podczas startu samolotu, co przywiodło mnie do dalszych wniosków na temat tego, kim jestem i co się zmieniło w moim życiu, skoro 10 lat temu się nie bałam. Nowe doświadczenia stanowią także niewyczerpane źródło obserwacji innych ludzi, zwłaszcza tych najbliższych. Możemy zobaczyć, w jakich sytuacjach nasza partnerka panikuje, a w jakich zachowuje spokój, jakie nasze zachowania są przez innych przeżywane z radością, a jakie z zazdrością, złością lub niepokojem. A dalej, jeśli o tym porozmawiamy, staje się to budulcem więzi lub inspiracją do zrewidowania katalogu wartości. Uważam, że jest to szczególnie ważne w związkach miłosnych, zwłaszcza, jeśli razem mieszkamy, ponieważ wtedy rutyna zabija w nas ciekawość, a dostarcza zadufanego przekonania, że już wszystko wiemy o drugiej osobie. Wkrótce potem okazuje się, że cały świat jest ciekawszy niż druga „połówka”.

 

Wychodzenie ze strefy komfortu

Z jednej strony zazdroszczę ludziom, którzy niezależnie od wieku decydują się na podjęcie nowych wyzwań lub zrobienie czegoś pierwszy raz. Z drugiej – doceniam rolę rytuałów i pewnej powtarzalności, które dają poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Z trzeciej – jestem gestaltystką, więc często pytam po co?. Z czwartej strony moje wykształcenie i refleksja socjologiczna dają mi nawyk krytycznego podejścia do społeczno-kulturowych trendów. Co z tego wynika? Zaciekawienie zawrotną karierą hasła „wyjdź ze strefy komfortu”. Zanim skądś wyjdziemy uważam, że powinniśmy wiedzieć mniej więcej dokąd się udajemy oraz z jakiego powodu opuszczamy miejsce, w którym jesteśmy.

Żyjemy w czasach, w których coraz bardziej symptomatyczne jest działanie bez kontaktu ze sobą i świadomości swoich potrzeb. Owocuje to podejściem, w którym nie reflektujemy, po co coś robimy, a od razu kombinujemy, jak coś zrobić/osiągnąć. Czyni to z nas osoby, kierujące się introjektami, czyli takimi nakazami/zakazami, sposobami widzenia świata, które „połknęliśmy” w całości bez „przeżuwania ich”, nadawania swojego znaczenia i które z jednej strony nas krępują, a z drugiej – zwalniają z myślenia. Przypomina to sytuację, w której (metaforycznie ujmując) ktoś mówi: skacz i wskakujemy do wody bez zadania sobie podstawowych pytań: po co miałbym skakać? Jest mi źle na brzegu? Jakie swoje potrzeby zaspokoję? Jakie cele zrealizuję wskakując do tej wody? Myślę, że indywidualnie i globalnie prowadzi to do opłakanych skutków.

Chcę powiedzieć, że jakkolwiek „wychodzenie ze strefy komfortu” jest wezwaniem zbieżnym z gestaltowskim „przykazaniem”, by eksperymentować i być otwartym na nowość, tak powinniśmy wiedzieć, czemu to ma służyć. Skoro siedzę sobie w kapciach przed telewizorem, jest mi dobrze, przytulnie, a obok drzemie ukochany pies, to wyrzucanie sobie, że oto zostałam w swojej strefie komfortu zamiast śmigać po festiwalach filmowych i kursach chińskiego, jest zwykłym bezsensem. Chyba, że dojdziemy do wniosku, że pozostajemy w swojej strefie komfortu dlatego, że boimy się ją przekroczyć, a przez to tracimy coś wartościowego (np. boimy się odrzucenia, więc nie wychodzimy do kontaktu z ludźmi, a potem cierpimy samotność).

 

Czym jest otwartość?

Na koniec o tym, jaką postawę życiową trzeba przyjąć, by nowe doświadczenia sprzyjały dobremu rozwojowi. Otóż trzeba być otwartym, co oznacza niebycie sztywnym perfekcjonistą, nieukrywanie się za maską (spokoju, doskonałości itp.), bycie rozluźnionym i zaciekawionym; nieprzyjmowanie postawy dyskryminującej i obronnej, ale branie pod uwagę nawet przykrych informacji zwrotnych, (a do tego – trzeba być odważnym). Trzeba być elastyczną i dopuszczać nowe rozwiązania, zwłaszcza gdy te, które założyłyśmy nie mogą być zrealizowane; trzeba umieć wątpić i choć trochę siebie lubić. Z takim wyposażeniem można czuć się na tyle bezpiecznie, że nie trzeba ryglować drzwi na szesnaście spustów. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Mnie udaje się to po odmieniających doświadczeniach, np. warsztatach, szczególnie ważnej sesji terapeutycznej, głębokim kontakcie z drugą osobą, podczas spotkania towarzyskiego, na wakacjach, po obejrzeniu poruszającego filmu. A ty? Byłeś kiedyś w takim stanie? Przypomnij sobie.

  

 * W różnych źródłach spotkałam się z różnymi interpretacjami i tłumaczeniami tego punktu. Pierwsza z nich mówi: „Zachowaj gotowość do eksperymentowania, by napotkać nowe sytuacje.“, a druga: „Otwórz się na zmianę i rozwój“. Powyższy tytuł tego wpisu jest moją interpretacją, płynącą z połączenia tych dwóch wersji.

[Natalia Żuk]

 

Poddaj się przeżywaniu nieprzyjemności i bólu, tak jak poddajesz się przeżywaniu przyjemności. Nie ograniczaj swojej świadomości.

Na pytanie, jak się miewa, mój dziadek zwykł mawiać, że boli go tu i ówdzie, a starość doskwiera i to znaczy, że jeszcze żyję.

Im jesteśmy młodsi, tym trudniej przychodzi nam pokorne i mądre znoszenie cierpienia. Nie pomaga nam w tym również zdominowany przez hedonizm świat, w którym żyjemy.

W terapii Gestalt kierowanie się przesłaniem, by przeżywać nieprzyjemne odczucia (takie jak ból, wściekłość, rozpacz, smutek) nie ma wiele wspólnego z chrześcijańskim przekonaniem, że cierpienie uszlachetnia. Gestaltowskie przesłanie wychodzi raczej z założenia, że każda pojawiająca się emocja ma swoją funkcję, a jej zignorowanie powoduje zaburzenie równowagi organizmu.

Psychoterapia jako przebudowa

Kaziemierz Dąbrowski, polski psychiatra i psycholog, był autorem teorii dezintegracji pozytywnej. Myślał on o procesie zmiany rozwojowej, która jest immanentna dla człowieka, to znaczy przydarza się każdej osobie i jest koniecznym etapem w urzeczywistnianiu swojego potencjału. Moment dezintegracji najczęściej nie jest zbyt przyjemny, a często jest okupiony napięciem i lękiem, zmęczeniem i bólem, zwątpieniem i załamaniem (przypomnijmy sobie chociażby trudy czasu dojrzewania: wahania nastrojów, bolące ciało, niepokój). Pracę nad sobą można porównać do remontu domu – bardziej lub mniej gruntownego, z burzeniem ścian lub bez. Żeby mogło być lepiej, najpierw musi być nieco gorzej. W terapii przebudowujemy niefunkcjonalne sposoby działania i doświadczania na te bardziej funkcjonalne. Dotykamy uczuć dawno już zastygłych, które wysiłkiem woli (często jeszcze dziecięcej) zepchnęliśmy głęboko pod skórę. I po kilkunastu-kilkudziesięciu spotkaniach z psychoterapeutą okazuje się, że wraz z pogłębieniem oddychania, odzyskaniem kontaktu ze sobą i drugim człowiekiem, mamy jakieś pragnienia, które mogą być niezaspokojone, (a to może boleć!) albo robi się nam smutno lub wściekamy się, kiedy zdajemy sobie sprawę, że nasi rodzice wcale nie dali nam tego, co powinni.

Pytanie, jakie często stawiam sama sobie i moim klientom brzmi: po co całe to cierpienie? Po co mam się tak męczyć? Nie lepiej nie czuć? Otóż nie. Często w nieprzeżywaniu tych emocji leży przyczyna naszych obecnych problemów i po ich wyrażeniu i zintegrowaniu z nami samymi, możemy z większą siłą i ulgą radzić sobie z bieżącymi sprawami. Jest też dodatkowa korzyść z takiego „przepracowywania” nieprzyjemnych historii, odczuć i aspektów siebie. Mianowicie, jeśli robimy to przy mądrej obecności uważnego i życzliwego nam słuchacza, zyskujemy poczucie, że nie oszaleliśmy, że nasze kłopoty mają swoje źródło i że ktoś nas rozumie. To z kolei może pomóc nam odzyskać wiarę w ludzi i budować dobre relacje z nimi.

Przyjemności, rozkosze, smakowanie życia

Claudio Naranjo, który ten gestaltowski „dekalog” spisał, zdaje się zakładał, że nikt nie ma problemu z miłymi doświadczeniami. Nie jest to prawda.

Wielu klientów zgłasza się do terapeutów Gestalt z trudnością w przeżywaniu emocji – nic ich nie cieszy, nie ekscytuje, a przez to również nie wiedzą, na co mają ochotę. Mało kto widzi problem w tym, że nie przeżywa złości, smutku i strachu, ale niestety często odwrażliwienie ma tendencje do uogólniania się (w stadium zaawansowanym mamy wówczas do czynienia z depresją). Oznacza to, że wskutek zablokowania przeżywania emocji nie tylko się nie złościmy, ale też nie doznajemy ekscytacji i radości.

Prawdę powiedziawszy, również te odczucia, które na pierwszy rzut oka (lub serca) powinny być przyjemne, budzą w nas lęk – ilu z nas ucieka przed zakochaniem i otworzeniem się na drugiego człowieka? Są też bardziej błahe okoliczności, na które po prostu nie dajemy sobie przestrzeni. Czy nie jest tak, że jemy cokolwiek, bez smakowania pożywienia? Czy patrzymy w gwiazdy? Czy odwzajemniamy uśmiech nieznajomej osoby? Przecież z tych „błahostek” składa się nasza codzienność, a codzienność składa się na większość życia.

Jedną z cudownych właściwości dzieci jest to, że mają większą niż dorośli zdolność zachwycania się światem i ciekawienia nim. W dużej mierze wrażliwość na sztukę zachowują jeszcze nastolatki, a potem dziwnym trafem wpadamy w wir obowiązków, nie dbając o dogadzanie sobie. Często spotykam się z tym, że na wakacjach klientom zanikają albo znacząco zmniejszają się objawy, z którymi zgłaszają się do terapii. Ciekawe, prawda?

A teraz poddaj się.

Chcę zwrócić uwagę na pierwsze słowo tego punktu „dekalogu” gestaltowskiego. Czy w naszej kulturze „poddanie się” w ogóle wchodzi w grę? Czy nie kojarzy się jednoznacznie z klęską, przegraną, które pokazują nam samym i światu, jak bardzo jesteśmy słabi i bezradni (więcej na ten temat m.in. w książce A. Lowena: „Depresja i ciało”)? Niektóre walki są tak nierówne, że nie warto ich podejmować (np. ściganie się z własnym ideałem albo próby zasłużenia na miłość). Inne walki toczymy ze sobą, by pozostać wiernymi naszym przekonaniom, takim jak: zaspokojenie moich potrzeb oznacza dla moich bliskich zranienie. Tymczasem każdy potrzebuje wytchnienia i odpoczynku (czyli poddania się uczuciu zmęczenia), miłości (która jest zaprzeczeniem kontroli i władzy, vide „Miłość, seks i serce” A. Lowena), bliskości (czyli poddania się czemuś wspólnemu) i tak dalej. Poddanie się bywa naprawdę przyjemne (weźmy chociażby erotyczną rozkosz) i błogie (np. gdy leżymy absolutnie rozluźnieni na ziemi oddając jej swój ciężar).

Odloty i blokady

Z łatwością można odgadnąć, że nieograniczanie swojej świadomości odnosi się do narkotyków, ale czy tej samej funkcji nie pełnią wszelkie inne używki, napoje energetyzujące czy namiętności? Pewnie tak. Nie jestem jednak przekonana, że jest to zasada bezwyjątkowa – wszystko jest kwestią równowagi i umiaru. Nawet bez zewnętrznych „wspomagaczy” umiemy sobie pogorszyć rozumienie siebie i świata, np. broniąc się przed zobaczeniem, że wiedziemy życie, które nie daje nam satysfakcji, (wtedy „dobrą” obroną przed uświadomieniem sobie swojej frustracji jest skoncentrowanie się na zadaniach i wyzwaniach). Ograniczamy też świadomość swojego ciała, jeśli nieustannie napinamy niektóre partie mięśni (np. mocno zaciskając szczęki nie pozwalamy złości lub płaczowi wydostać się na zewnątrz, a kiedy to stanie się nawykowym napięciem – nawet nie wiemy, że coś powstrzymujemy). Bycie świadomym to wcale nie taka prosta sprawa, ale zarazem może dać wiele wolności i pewności siebie.

Pół dobrego, pół złego

Mój znajomy psychoterapeuta w jednym swoim tekście napisał tak: naturą rzeczy jest ich przemijalność, więc w samym zjawisku przywiązania istnieje tragedia. Łącząc się, jesteśmy skazani na rozłąkę i cierpienie. Kontaktując się, jesteśmy skazani na koniec kontaktu. Filozofia buddyjska uczy o idei nieprzywiązywania się i według niej jest to droga do uniknięcia cierpienia. Gestalt, choć ma swoje źródła w filozofiach wschodu, nie idzie tą ścieżką, a skupia się na przeżywaniu. Życie przy odpowiednim wsparciu jest tym, co można pięknie przeżyć, ale nie trzeba.

[Natalia Żuk]

Wyrażaj siebie

Podczas pierwszego roku szkolenia na psychoterapeutę odbyły się dwa treningi. Na jednym z nich brałam udział w ćwiczeniu, które polegało (tylko!) na tym, by wyjść z pomieszczenia, za chwilkę wrócić do niego, stanąć przed całą grupą i powiedzieć oto jestem.

Czemu to jest takie straszne?

Rodząc się, oznajmiamy to światu pierwszym, rozdzierającym krzykiem. Potem, kiedy tylko mamy mokrą pieluszkę, jesteśmy głodni, coś nas boli i z wielu innych powodów – płaczemy, kwilimy. Około drugiego roku życia odkrywamy cudowny świat buntu i w ten sposób mówimy o sobie. Jeszcze w przedszkolu stosunkowo łatwo popadamy w szloch, gdy coś nas szczególnie zasmuci, wystraszy, zmartwi, a gdy nas coś ucieszy – śmiejemy się do rozpuku.
Niestety utrwalił się w naszej kulturze taki model wychowania, które koncentruje się głównie na strofowaniu i interesowaniu się dzieckiem, gdy robi coś niewłaściwego z punktu widzenia rodzica, który nie zawsze ma chęć lub cierpliwość, by wnikać w źródło „złego” zachowania i patrzeć na dziecko z miłością. Jesteśmy odtrącani, kiedy „sobie pozwalamy” i sprzeciwiamy się woli rodzica, a kiedy „nie zachowujemy się” i podczas rodzinnego obiadu „bawimy się” jedzeniem, układając z niego fantazyjne wzory, jesteśmy karani. Gdy zdarzy się nam z radości skakać jak piłka, możemy usłyszeć: nie ciesz się jak głupi do sera (zawstydzanie). Za spontaniczność spotyka nas wrogość lub pogarda. Efekt jest taki, że jako dorośli jesteśmy potwornie zahamowani, jakby ktoś nam odebrał odruchy (bez)warunkowe. Gdy uczestniczyłam w treningu prowadzonym metodą Lowena, a więc opartym na ćwiczeniach i doświadczeniach fizycznych, jednym z zadań było mocne rozmasowywanie swojej stopy piłeczką golfową. W pierwszych momentach, mimo bardzo mocnego nacisku, nikt nawet nie pisnął. Wszyscy w milczeniu, czasem z lekkim grymasem znosili ból. Zaczęliśmy „się wyrażać” dopiero, gdy prowadząca powiedziała: no, co? Nie boli was?! Głos!

Świadomość tego, co wyrażamy

Wyrażanie siebie wymaga kilku przymiotów i umiejętności, których nabycie może zająć sporo czasu. Po pierwsze – samoświadomości. Uzewnętrznianie się niespójne z potrzebami i własną osobowością może przynieść więcej szkody niż pożytku. Na przykład osoba introwertyczna, nieśmiała, która chce być postrzegana jako przebojowa i zaczyna przybierać pozę amerykańskiego żołnierza jest odbierana w najlepszym razie jako śmieszna. Dużo gorzej, jeśli inni uwierzą w jej „gruboskórną” pozę i przestaną być wobec niej delikatni. Wtedy taka osoba wystawia się na zranienie i przekraczanie jej granic. Dlatego w terapii Gestalt tak często psychoterapeuci pytają, czego potrzebujesz? Co czujesz teraz, gdy mi o tym opowiadasz? Podejmowanie działania lub interakcji bez świadomości tego, co czujemy, zużywa naszą energię, zamiast jej dodawać i budować nas. Jeśli na przykład rzucamy bliskiej osobie oskarżenia bez zastanowienia się, o co nam chodzi, łatwo wszczynamy kłótnię; tymczasem wystarczyłoby na chwilkę się zatrzymać i poczuć. Może po prostu się przestraszyłem, że nie mogę na nią liczyć? Może poczułam, że mi na niej zależy? Jeśli będziemy wyrażać to, co naprawdę jest w nas, nasze komunikaty do świata przyniosą nam odpowiedzi, których potrzebujemy i nie będziemy uciekać się do manipulacji, by zyskać to, czego chcemy.

Dzielność

Podczas jednej z superwizji powiedziałam do mojej nauczycielki: ale ja się boję…, a ona na to: to bój się i rób! Bardzo urealnił mnie ten nakaz. Zrozumiałam, że z obawy przed złością klienta nie jestem całkowicie z nim szczera, podczas gdy sama zachęcałam go do „bycia sobą”.
Autoekspresja wymaga odwagi. Często spotykam się z założeniem, że zrobię coś, jak przestanę się bać. Otóż pragnę ogłosić, że ci, którzy uchodzą za odważnych także się boją, ale wyrażają siebie mimo tego! Jeśli będziemy czekać aż strach, (głównie przed oceną lub odrzuceniem), minie, przesiedzimy w kącie większość życia. Dzięki odwadze wychodzimy na parkiet, gdy chcemy zatańczyć, dzięki niej idziemy za odruchem serca, dzięki niej siadamy naprzeciwko bliskiej osoby, wyznając jej, co nas trapi albo czego potrzebujemy.
Nie ma szans, by nasze działanie czy nasza osoba wszystkim się spodobała. Dlatego podejmując ryzyko autoekspresji zawsze możemy w równym stopniu liczyć na głosy aprobaty i krytyki.

Obowiązuje zasada wzajemności

Nikt z nas – choćby po 50-ciu latach terapii – nie jest zupełnie odporny na ocenę i krytykę. By pokazać siebie, trzeba mieć minimalną chociaż nadzieję na życzliwość otoczenia, (co jest niebywale trudne dla osób, które wychowywały się w przemocowym środowisku). Jeśli oczekujemy od innych przychylnej interpretacji naszego zachowania, sami również nie wydawajmy pochopnych osądów. Z taką wyrozumiałością nasze relacje z innymi, zwłaszcza najbliższe, mogą się stać cieplejsze i bezpieczniejsze. Rozszerzyłabym jednak wezwanie do bycia życzliwym również na nieznajomych. Na przykład, zazwyczaj, gdy widzimy brudną osobę leżącą na chodniku, zakładamy, że jest pijana i nie należy się jej żadna pomoc. A może warto jednak zapytać, co się stało?

Preferencje nie wymagają referencji

Wyobraźmy sobie taką sytuację: przychodzi synek do mamy i mówi, że chciałby dostać coś do zjedzenia, bo właśnie wrócił z podwórkowego meczu piłki nożnej, jest zmęczony, musi uzupełnić kalorie i nie chciałby zasłabnąć. Dziwne? To czemu tak często, gdy mówimy o swojej potrzebie, oczekiwaniu czy chęci, uzasadniamy je zupełnie jakbyśmy musieli każdego przekonywać, że do czegoś mamy prawo, albo że nasze preferencje są wystarczająco uprawomocnione zewnętrznymi okolicznościami?
Uzasadnianie swojego stanowiska w relacjach interpersonalnych często przybiera formę tłumaczenia się, które ma na celu zrzucenie odpowiedzialności. Na przykład, na pytanie o to, czemu nie posprzątałaś po powrocie do domu, pada odpowiedź: bo musiałam jeszcze zjeść, pościelić, a w ogóle to wczoraj sprzątałam, (więc już jestem usprawiedliwiona)… Tymczasem prawdziwa odpowiedź brzmieć może: wybrałam tego nie robić, bo wolałam odpocząć.

Po co się wyrażać?

Według niektórych koncepcji różne dolegliwości psychiczne, takie jak objawy depresyjne, lękowe czy nerwicowe wynikają z zahamowania autoekspresji. W psychoterapii Gestalt akcentujemy, że zdrowa samoregulacja polega na tym, że każda figura, potrzeba jest „domykana” lub zaspakajana. Jeżeli już wiemy, czego doznajemy, czego chcemy, a nie mobilizujemy energii i nie działamy, skazujemy się na gromadzenie psychicznego napięcia i frustrację. A poza tym, autoekspresja może być całkiem przyjemna albo przynosić ulgę. Wie to każdy, kto choć raz śpiewał gospel, miał atak nieuzasadnionego śmiechu, brał udział w tańcu kontakt-improwizacja, albo stłukł w złości szklankę.

[Natalia Żuk]

cały dekalog Gestalt

 

Powiązania sfer świadomości

Sposób myślenia jest ściśle powiązany zarówno z naszymi emocjami, reakcjami cielesnymi, jak i zachowaniami. Prosty przykład: mężczyzna „wie”, że kobieta, która mu się podoba sądzi, że on jest nieudacznikiem (fantazja, a bardziej fachowo – projekcja). W związku z tym, gdy ją spotyka, zaczyna się wstydzić, lękać o to, jak ona odpowie na jego przywitanie (emocje), trzęsą mu się dłonie i poci się okrutnie (ciało). Nie ma szans na to, by zamienić z nią dwa słowa o pogodzie, nie mówiąc już o zaproszeniu na kawę (zachowanie). Ponieważ zaniechał działania i nie nawiązał rozmowy z kobietą, potwierdził swoje pierwotne przekonanie – „Jestem nieudacznikiem, ona nawet na mnie nie spojrzy” (myśl). Przykład odwrotny? Kobieta czeka na rozmowę o pracę, w czasie której ma być przepytana z tematów, którymi miałaby się zajmować. Bardzo zależy jej na tej posadzie i słyszała, że rekruter jest arcysurowy. Zaczyna przeżywać przerażenie (uczucia), żołądek kurczy się, jelita pracują jak szalone (ciało), a w głowie – chaos i przewidywanie porażki (myśli). Zamiast rozwijać możliwe scenariusze zdarzeń, łącznie z tym, jak spłaci kredyt, jeśli nie dostanie tej pracy, skupia się na swoim oddechu, siada wyprostowana i mocno opiera stopy na podłodze. Oddycha coraz głębiej i swobodniej, liczy sekundy wdechu i wydechu, a może także powtarza sobie jakieś krzepiące zdanie. Myśli rzecz jasna ciągle się pojawiają (taka ich natura), kobieta zauważa je i pozwala im odpływać. Nadal czuje lekkie kłucie w żołądku, ale stres zmniejsza się, a co najważniejsze – nie eskaluje.

O ile nie jestem zwolenniczką oszukiwania się i „programowania na sukces”, o tyle uważam za rozsądne urealnianie się w rzeczywistości i bycie uważnym.

[Natalia Żuk]

Sfera świadomości – zewnętrzna

Za treści znajdujące się w zewnętrznej sferze świadomości odpowiadają zmysły. Pomagają nam one odczytywać informacje płynące od świata zewnętrznego do nas samych. Od zawsze był to warunek sine qua non przetrwania całego gatunku i pojedynczych organizmów. To banalne stwierdzenie jest aktualne choćby w momencie, gdy czytasz ten wpis albo gdy przechodzisz przez jezdnię.
Oprócz orientacji w świecie, korzystanie ze zmysłów służy również innym celom. W podejściu Gestalt (nie tylko w psychoterapii, ale również w postawie życiowej) ważne jest doświadczanie życia w całej jego pełni. Oznacza to dużą ciekawość i otwartość na otaczające nas przedmioty, zapachy powietrza i ludzi wokół nas. Mistrzami w takim poznawaniu świata są często dzieci – „obmacują” zabawki w sklepach, a moja koleżanka z podstawówki lizała drzwi od windy!
Kiedy ostatnio patrzyliście na swoich partnerów z uważnością osoby zakochanej? Jaki kolor tęczówek mają wasze dzieci? Oczywiście nie jest ani potrzebne, ani możliwe interesowanie się wszystkimi bodźcami, które nasz organizm byłby potencjalnie w stanie odebrać. Dlatego optymalną sytuacją jest, gdy świadomie korzystamy z selektywności odbioru, mając zarazem odwagę do pogłębiania tego zmysłowego doświadczania świata.

[Natalia Żuk]