Zachowaj gotowość do eksperymentowania i otwartość na nowe doświadczenia. Dzięki temu możesz doświadczyć zmiany i rozwoju*

Odkąd zobaczyłam zdjęcie, przedstawiające pytanie: kiedy ostatnio zrobiłeś coś po raz pierwszy?, często o tym myślę. Po co nam doświadczanie nowości? Jak to się ma do wychodzenia ze strefy komfortu?

 

Czym jest eksperyment?

Kiedy proponuję klientom eksperyment np. polegający na ekspresyjnym ruchu ramionami w celu rozładowania napięcia, czasem słyszę, że to nie pomoże, bo już próbowałem. W jakimś sensie wszystko jest po raz pierwszy, bo rok temu nie byliśmy dokładnie tym, kim jesteśmy dzisiaj, bo nie próbowałeś tego w tej relacji i nie wiesz, jakie emocje wywoła to działanie dziś ze mną. Zatrzymanie się na tym, że skoro zraniło mnie trzech facetów, to oznacza, że czwarty zrobi to samo jest robieniem sobie krzywdy, bo odmawia się sobie szansy na zmianę. Na domiar złego taki sposób myślenia i postepowania działa jak samospełniające się proroctwo. Zatem miejsce na eksperyment jest wszędzie tam, gdzie reguły, przeszłe doświadczenia i wszelkie inne usztywnienia nie grają pierwszych skrzypiec. Wtedy budzi się w nas ciekawość i otwartość, a życie staje się interesujące. Między innymi dlatego bardzo lubię swoją pracę – nigdy nie wiem, co się wydarzy.

 

Pierwszyzna, czyli po co nam nowe doświadczenia

Przypomnijcie sobie sytuację, kiedy robicie coś po raz pierwszy. Jakie towarzyszą temu emocje? Jeśli było to w miarę bezpieczne, to pewnie czuliście ekscytację, czyli wysokie pobudzenie fizjologiczno-emocjonalne, połączone z zaciekawieniem, może radością lub podnieceniem. Jeśli nie czuliście się bezpiecznie, to zapewne w przeżywaniu nowości doświadczyliście lęku lub strachu. Najczęściej zaś występuje mieszanka wszystkich wyżej wymienionych. Już samo to pokazuje, że doświadczanie czegoś nowego kieruje naszą świadomość (awareness) do naszych zmysłów i emocji, które na co dzień coraz częściej odwrażliwiamy, (co jest na dłuższą metę niebezpieczne). Zatem dzięki „pierwszyźnie” czujemy z całą możliwą intensywnością, co otwiera nas na innych, na swoje ciało, a nierzadko i na kwestie duchowe.

 

Co więcej, branie udziału w nowych doświadczeniach jest źródłem wiedzy o sobie i innych, nie mówiąc już o wiedzy o świecie. Kiedy po raz pierwszy występujemy publicznie, próbujemy nowego rodzaju seksu, kiedy spotykamy nowych ludzi, często rewidujemy swoje przekonania na własny temat. Ja na przykład przekonałam się, że jednak przeżywam lęk podczas startu samolotu, co przywiodło mnie do dalszych wniosków na temat tego, kim jestem i co się zmieniło w moim życiu, skoro 10 lat temu się nie bałam. Nowe doświadczenia stanowią także niewyczerpane źródło obserwacji innych ludzi, zwłaszcza tych najbliższych. Możemy zobaczyć, w jakich sytuacjach nasza partnerka panikuje, a w jakich zachowuje spokój, jakie nasze zachowania są przez innych przeżywane z radością, a jakie z zazdrością, złością lub niepokojem. A dalej, jeśli o tym porozmawiamy, staje się to budulcem więzi lub inspiracją do zrewidowania katalogu wartości. Uważam, że jest to szczególnie ważne w związkach miłosnych, zwłaszcza, jeśli razem mieszkamy, ponieważ wtedy rutyna zabija w nas ciekawość, a dostarcza zadufanego przekonania, że już wszystko wiemy o drugiej osobie. Wkrótce potem okazuje się, że cały świat jest ciekawszy niż druga „połówka”.

 

Wychodzenie ze strefy komfortu

Z jednej strony zazdroszczę ludziom, którzy niezależnie od wieku decydują się na podjęcie nowych wyzwań lub zrobienie czegoś pierwszy raz. Z drugiej – doceniam rolę rytuałów i pewnej powtarzalności, które dają poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Z trzeciej – jestem gestaltystką, więc często pytam po co?. Z czwartej strony moje wykształcenie i refleksja socjologiczna dają mi nawyk krytycznego podejścia do społeczno-kulturowych trendów. Co z tego wynika? Zaciekawienie zawrotną karierą hasła „wyjdź ze strefy komfortu”. Zanim skądś wyjdziemy uważam, że powinniśmy wiedzieć mniej więcej dokąd się udajemy oraz z jakiego powodu opuszczamy miejsce, w którym jesteśmy.

Żyjemy w czasach, w których coraz bardziej symptomatyczne jest działanie bez kontaktu ze sobą i świadomości swoich potrzeb. Owocuje to podejściem, w którym nie reflektujemy, po co coś robimy, a od razu kombinujemy, jak coś zrobić/osiągnąć. Czyni to z nas osoby, kierujące się introjektami, czyli takimi nakazami/zakazami, sposobami widzenia świata, które „połknęliśmy” w całości bez „przeżuwania ich”, nadawania swojego znaczenia i które z jednej strony nas krępują, a z drugiej – zwalniają z myślenia. Przypomina to sytuację, w której (metaforycznie ujmując) ktoś mówi: skacz i wskakujemy do wody bez zadania sobie podstawowych pytań: po co miałbym skakać? Jest mi źle na brzegu? Jakie swoje potrzeby zaspokoję? Jakie cele zrealizuję wskakując do tej wody? Myślę, że indywidualnie i globalnie prowadzi to do opłakanych skutków.

Chcę powiedzieć, że jakkolwiek „wychodzenie ze strefy komfortu” jest wezwaniem zbieżnym z gestaltowskim „przykazaniem”, by eksperymentować i być otwartym na nowość, tak powinniśmy wiedzieć, czemu to ma służyć. Skoro siedzę sobie w kapciach przed telewizorem, jest mi dobrze, przytulnie, a obok drzemie ukochany pies, to wyrzucanie sobie, że oto zostałam w swojej strefie komfortu zamiast śmigać po festiwalach filmowych i kursach chińskiego, jest zwykłym bezsensem. Chyba, że dojdziemy do wniosku, że pozostajemy w swojej strefie komfortu dlatego, że boimy się ją przekroczyć, a przez to tracimy coś wartościowego (np. boimy się odrzucenia, więc nie wychodzimy do kontaktu z ludźmi, a potem cierpimy samotność).

 

Czym jest otwartość?

Na koniec o tym, jaką postawę życiową trzeba przyjąć, by nowe doświadczenia sprzyjały dobremu rozwojowi. Otóż trzeba być otwartym, co oznacza niebycie sztywnym perfekcjonistą, nieukrywanie się za maską (spokoju, doskonałości itp.), bycie rozluźnionym i zaciekawionym; nieprzyjmowanie postawy dyskryminującej i obronnej, ale branie pod uwagę nawet przykrych informacji zwrotnych, (a do tego – trzeba być odważnym). Trzeba być elastyczną i dopuszczać nowe rozwiązania, zwłaszcza gdy te, które założyłyśmy nie mogą być zrealizowane; trzeba umieć wątpić i choć trochę siebie lubić. Z takim wyposażeniem można czuć się na tyle bezpiecznie, że nie trzeba ryglować drzwi na szesnaście spustów. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Mnie udaje się to po odmieniających doświadczeniach, np. warsztatach, szczególnie ważnej sesji terapeutycznej, głębokim kontakcie z drugą osobą, podczas spotkania towarzyskiego, na wakacjach, po obejrzeniu poruszającego filmu. A ty? Byłeś kiedyś w takim stanie? Przypomnij sobie.

  

 * W różnych źródłach spotkałam się z różnymi interpretacjami i tłumaczeniami tego punktu. Pierwsza z nich mówi: „Zachowaj gotowość do eksperymentowania, by napotkać nowe sytuacje.“, a druga: „Otwórz się na zmianę i rozwój“. Powyższy tytuł tego wpisu jest moją interpretacją, płynącą z połączenia tych dwóch wersji.

[Natalia Żuk]

 

Weź pełną odpowiedzialność za swoje* czyny, uczucia i myśli

Mam nadzieję, że tekst ten nie będzie zbyt moralizatorski; chociaż nie chciałam za wszelką cenę unikać jego etycznego wydźwięku, ponieważ mówiąc o odpowiedzialności po trosze do niej wzywam.

Na wielu stronach poświęconych terapii Gestalt znajdziecie cytat z egzystencjalisty, J.P. Sartre’a:

Nie to jest ważne, co ze mną zrobiono, lecz to, co ja sam zrobiłem z tym, co ze mną zrobiono.

Co to oznacza?

Jeśli to, co z tobą zrobiono to coś dobrego i budującego, np. rodzice w sensowny sposób odzwierciedlali to, jakim byłeś fajnym chłopcem, to jako dorosła osoba jesteś odpowiedzialny za to, jak wykorzystasz swoje zasoby, talenty. Do ciebie należy decyzja, czy swoją siłę wykorzystasz do pomagania społeczeństwu, do zapewnienia wiktu sobie i rodzinie, do zrobienia świetnego interesu, czy do okradzenia kogoś lub pobicia go.

Jeśli to, co z tobą zrobiono, można ująć w kategoriach krzywdy lub przemocy, masz wybór: pielęgnować bycie ofiarą, sublimować cierpienie (np. przez tworzenie sztuki), przygotowywać się do zemsty, wybaczyć sprawcy i żyć dalej lub wyprzeć uraz ze świadomości. Oczywiście większość z tych „wyborów” pozostaje poza naszą wolą dopóki nie wydarzy się  coś przełomowego i uświadamiającego nam, jakiego wyboru dokonaliśmy (nawet na przedświadomym poziomie, jako dzieci).

Wiele osób pyta mnie, po co mi właściwie świadomość, że skoro tata nie cieszył się, że jestem dziewczynką, to nie umiem znaleźć teraz mężczyzny, który by mnie kochał? Właśnie po to, byś mogła wziąć odpowiedzialność za to, co robisz ze swoim bieżącym doświadczeniem: nadal potwierdzać przekaz taty, że się nie nadajesz do kochania, czy się skonfrontować z tym, co robisz, gdy spotykasz (całkiem dorzecznego) mężczyznę. Niektórzy twierdzą nawet, że sama świadomość wystarcza do zmiany i jest ostatecznym celem terapii. Ja bym jednak do tego dodała, że ważny jest też krok dalszy: skoro wiem, jaką mam tendencję, to szybciej rozpoznaję, kiedy działam automatycznie i mogę zdecydować w danej sytuacji, że zachowam się inaczej.

Odpowiadasz za to przed instancją, jaką sobie wybierzesz: przodkami (czyż nie dlatego dochowujemy tradycji?), partnerem, dziećmi (ilu rodziców postanawia rozpocząć terapię, by być lepszym wzorcem dla swoich pociech?), sądem, Bogiem, samym sobą.


Sposoby wyrzekania się odpowiedzialności

Odpowiedzialność zawsze istnieje – można ją tylko różnie przypisywać: sobie, innym, „sytuacji” (nigdy nie wiem, co to znaczy), losowi lub światu.

  • Procedury językowe w terapii Gestalt – specyficzny sposób użycia języka

Do najbardziej rozpowszechnionych należą takie zwroty jak: nie mogę i muszę. Dzięki nim unikamy pójścia na niezbyt nęcące spotkanie, tłumacząc, że nie mamy wyboru. Jakkolwiek społecznie przydatne, uniemożliwiają kontakt z drugim człowiekiem i ze sobą, a nadużywane dają nam poczucie, że nic od nas nie zależy. Swoją drogą, osoby, które szczególnie często myślą/mówią, że coś muszą, mają za sobą dzieciństwo wypełnione obowiązkami i przymusami, których niedopilnowanie okupione było lękiem przed jakąś katastrofą (gniewem rodzica, karą, poniżeniem).

Innym zabiegiem językowym jest niewskazywanie konkretnego podmiotu odpowiedzialnego za działanie, gdy mówimy np.: stało się; udało (mi) się; człowiek lubi dobrze zjeść; na wesele zaprasza się chrzestnych. Odwołujemy się wówczas do pewnego utartej społecznie „prawdy”, zwyczaju lub mody, które niejako ograniczają do minimum opcje naszego zachowania. Podobnie jest z używaniem słów: trzeba i (nieco „lżejszych”) należy, powinno się.

  • Konfluencja – psychiczne „zlanie się” z drugą osobą

Patrząc na konfluencję pod kątem dystrybucji odpowiedzialności, oddajemy ją drugiej osobie, jednocześnie unikając zidentyfikowania swoich chęci, potrzeb, preferencji. Taki dialog:

Kochanie, co chcesz zjeść na obiad?
– A ty?
– Nie wiem, mógłbym zrobić spaghetti albo zamówić pizzę.
– Jak wolisz.

Mówiąc żargonem, za tym mechnizmem stoi lęk przed wyodrębnieniem się i przed wyłonieniem swojej figury. O ile konfluencja pomaga nam zachwycać się osobą, w której się zakochaliśmy, a jako niemowlętom umożliwiała przetrwanie, o tyle w dorosłym życiu jest po pierwsze denerwująca dla osób z otoczenia, a po drugie – jak wejdzie w krew – powoduje, że któregoś dnia załamujemy się, bo już nie wiemy, ani kim jesteśmy, ani czego chcemy w życiu. Warto pamiętać, że w relacjach miłosnych to właśnie różnica między Ja a Ty nas pociąga i podnieca, a nie to, że druga osoba jest taka jak my lub uległa i… bezpłciowa.

  • Projekcja – przypisywanie innym tego, co jest nasze

Niejednokrotnie łatwiej nam widzieć w innych to, czego sami w sobie nie lubimy. Przykłady? „Widzimy” w interlokutorze, że ten złości się na nas, podczas, gdy to my się wkurzyliśmy na jego ostatnie słowa. Innym przykładem byłaby sytuacja, w której obawiamy się, że komuś bardzo się podobamy, a ten ktoś nam nie, więc zaczynamy go unikać, podczas gdy to nas ta osoba pociąga i obawiamy się tego, że pociąg do niej jest w jakiś sposób niewłaściwy – zagraża naszemu związkowi lub jest niezgodny z naszą (deklarowaną) orientacją seksualną.

Często projektujemy na innych także w bardziej subtelny sposób, a mianowicie, używając czasowników w drugiej osobie liczby pojedynczej zamiast – w pierwszej. Mówimy: facebook mnie rozprasza; wkurzasz mnie; ten film mnie nudzi; to, co robisz mnie rani. W ten sposób winę za nasz nieprzyjemny stan emocjonalny przypisujemy innym, sami pozostając nieskazitelnymi. Prawda jest zaś taka, że pomiędzy tym, co ktoś/coś robi (wobec nas) są jeszcze: nasza wybiórcza percepcja, interpretacja, interesy i różnorodne emocje.

  • Profleksja – robienie innym tego, co chcielibyśmy, by uczyniono nam

Najczęściej dotyczy to sytuacji społecznie uznanych za czynienie dobra, ale dla „obdarowywanego” jest to nad wyraz męczące lub irytujące. Scena przy rodzinnym obiedzie: babcia nakłada wszystkim dodatkowe porcje jedzenia, podczas gdy sama już jadłam jak gotowałam. Oczywiście, to bardzo szlachetnie i naturalnie, że nasi opiekunowie o nas dbają. Obserwując jednak takie sytuacje, mam wrażenie, że owi opiekunowie stosują „przemoc w białych rękawiczkach”, ponieważ nie widzą swoich pociech i nie zadają kluczowego pytania: czego chcesz? Czego potrzebujesz? (Ta uwaga dotyczy także wszystkich wykonujących zawód pomocowy, którzy pozwalają, by ich tendencje ratownicze grały pierwsze skrzypce w kontakcie z klientami). Profleksję wzmaga też przykazanie: kochaj bliźniego swego jak siebie samego, gdy pomijamy umiłowanie samych siebie i stajemy się matką-Polką.

Ludzie, którzy stosują profleksję są bliscy łez, gdy mają przyjąć od kogoś podarunek, ponieważ nigdy nie miei okazji dostać tego, czego potrzebowali lub o czym marzyli; ich rodzice pokazywali im, że ich potrzeby nie są ważne. Znakomicie jednak wyczuwają najlżejsze sygnały, że ktoś może czegoś chcieć od nich (niestety też często dokonują nadinterpretacji) i biegną z pomocą. Tymczasem, głęboko pod spodem, jest ich niezaspokojenie i wyparte pragnienie doznania opieki i dobroci.

  • Bierna agresja, czyli foch

Dobrze ilustruje ją dowcip rysunkowy Andrzeja Mleczki, w którym kobieta zwraca się do mężczyzny: Pewnie myślisz, że przez ostatnie dwie godziny milczałam tak sobie… Nie, mój drogi! Ja milczałam znacząco (http://sklep.mleczko.pl/environment/cache/images/0_0_productGfx_208eab414a8f60488204fbe453ef5a0b.jpg). Sednem sprawy w biernej agresji jest przeżywanie złości, frustracji itp. i powstrzymanie się od ich wyrażania wprost przy jednoczesnym wycofaniu się ze spontanicznego kontaktu z osobą, na którą jesteśmy źli. Co ma do tego odpowiedzialność? Unikamy w ten sposób konfrontacji z drugą osobą i ze swoimi emocjami. Ten, kto kiedykolwiek taką grę uprawiał, wie dobrze, że wówczas atmosfera gęstnieje tak bardzo, że druga osoba w końcu wyczuwa, że coś jest nie tak i wtedy można liczyć na to, że to ona rozpocznie działania zmierzające do wyjaśnienia sytuacji.

 

Sposoby brania odpowiedzialności

Jak w takim razie wziąć odpowiedzialność za swoje życie?

  • Wychowanie do odpowiedzialności

Obrazek podczas ubierania (się) kilkulatki:

Chcesz założyć żółtą sukienkę czy niebieską?
– Nie wiem!
– Nie wybiorę za ciebie.
– Ja nie wiem!
– Poczekam aż się zdecydujesz. Dopiero potem wyjdziemy.
– Sam wybierz!
– Nie, to twoje ubranko.

Ta dramatyczna i okupiona napięciem historyjka pokazuje, jak możemy wychowywać dziecko, by pokazać mu, że jest bytem wolnym, a wolność zawsze idzie w parze w odpowiedzialnością (tak, niestety). Gdyby rodzic zdecydował za dziecko, mogłoby się czuć stłamszone, (bo było bierne) lub niezadowolone, (bo rodzic pominął jego preferencje). Uczyłoby się, że sytuacja życiowa jest niejako dana z góry i trzeba się do niej albo dostosować (tu rozwija się konfluencja), buntować (w mniej lub bardziej otwarty sposób) lub być jej ofiarą (wyuczona bezradność i postrzeganie świata w kategoriach kat-ofiara). Podobnie rzecz ma się w procesie psychoterapii, gdy klient stara się zachować tak, by to terapeuta zdecydował, co ma klient zrobić. Jeśli terapeuta odpowie pozytywnie na to wezwanie, wpadną w pułapkę – może dojść albo do dewaluacji terapeuty (No tak, nic, co robisz mi nie pomaga/krzywdzi mnie) i wejścia w rolę ofiary albo do idealizacji terapeuty (Na pewno masz dla mnie wspaniały pomysł!) i poczucia braku kontroli nad swoimi wyborami (To nie ja się zmieniłam, tylko ty mnie uzdrowiłaś).

  • Zmiana języka

Ludwig Wittgenstein był zdania, że granice mojego języka są granicami mojego świata. Zdecydowanie się z nim zgadzam – język, słowa, których używamy mają wpływ na to, jak kształtujemy relację ze sobą i ze światem, a także są ich odzwierciedleniem. Dla tych, którzy chcą poczuć się wolnymi, mam poradę: włączcie do swojego codziennego słownika:

wybieram, np.: obiecałam sobie codziennie ćwiczyć i jednocześnie wybieram, że w tym czasie napiszę artykuł (;)) zamiast: powinnam teraz poćwiczyć;

decyduję się, np.: podobają mi się inne kobiety i chętnie nawiązałbym romans, ale decyduję się dochować wierności, zamiast: nie mogę być niewierny lub poświęcę się dla związku;

robię (chodzi mi o „bezpośrednie” czasowniki, które pozwalają unikać operatorów możliwości i tłumaczenia się), np. nie spotkam się z tobą w poniedziałek zamiast: nie mogę spotkać się z tobą, bo…;

chcę/nie chcę zamiast: wolałabym, chciałabym;

proszę cię o… zamiast byłoby dobrze, przydałoby się, np. posprzątaj po sobie, proszę zamiast: byłoby dobrze tu sprzątnąć;

nie zgadzam się.

  • Zmiana zachowania

W internecie krąży tekst, który prosto opisuje, na czym polega branie odpowiedzialności za swoje emocje i potrzeby, której uczymy w Gestalcie. Obok cytowanego tekstu wstawiłam odpowiedzi, jakie słyszę od klientów i które powodują ich cierpienie. A powodują one co u ciebie?

Tęsknisz za kimś? Zadzwoń.

[Niech on zadzwoni! Jak może mnie tak ignorować?]

Chcesz się spotkać? Zaproś. 

[O, co to, to nie! Ile razy już zapraszałam?!]

Pragniesz zrozumienia? Wyjaśnij.

[Powinien się domyśleć!]

Masz pytanie? Zapytaj.

[Eee, moje pytanie jest głupie./Co on sobie o mnie pomyśli?]

Nie lubisz czegoś? Przyznaj to.

[Nie mógłbym – byłoby jej przykro.]

Lubisz coś? Nie kryj się z tym.

[Nie, to mało ważne.]

Chcesz czegoś? Poproś.

[Nie mogłabym okazać takiej słabości!]

Kochasz kogoś? Okaż to.

[Wstydzę się./Boję się jej reakcji.]


Po co właściwie brać na siebie ciężar odpowiedzialności?

– aby zyskać poczucie wpływu na swoje życie;

– aby mieć kontakt ze sobą, a przez to zyskać poczucie siły wewnętrznej;

– aby nawiązać kontakt z innymi, a przez to – autentyczne i życiodajne relacje międzyludzkie;

– aby zyskać poczucie wolności, (bo wolność jako taką, to już mamy).

* Swoje to ważne słowo w tym „przykazaniu”, zwłaszcza w kontekście nadodopowiedzialności, czyli tendencji czy zachowania, w których podmiot czuje się odpowiedzialny również za to, co nie należy do niego. Osoby nadodpowiedzialne nie tylko dają się wykorzystywać i tego nie dostrzegają, ale też mają słabe wyczucie granic innych ludzi, co może powodować liczne konflikty interpersonalne. Ale może o nadodpowiedzialności – innym razem.

[Natalia Żuk]

Poddaj się przeżywaniu nieprzyjemności i bólu, tak jak poddajesz się przeżywaniu przyjemności. Nie ograniczaj swojej świadomości.

Na pytanie, jak się miewa, mój dziadek zwykł mawiać, że boli go tu i ówdzie, a starość doskwiera i to znaczy, że jeszcze żyję.

Im jesteśmy młodsi, tym trudniej przychodzi nam pokorne i mądre znoszenie cierpienia. Nie pomaga nam w tym również zdominowany przez hedonizm świat, w którym żyjemy.

W terapii Gestalt kierowanie się przesłaniem, by przeżywać nieprzyjemne odczucia (takie jak ból, wściekłość, rozpacz, smutek) nie ma wiele wspólnego z chrześcijańskim przekonaniem, że cierpienie uszlachetnia. Gestaltowskie przesłanie wychodzi raczej z założenia, że każda pojawiająca się emocja ma swoją funkcję, a jej zignorowanie powoduje zaburzenie równowagi organizmu.

Psychoterapia jako przebudowa

Kaziemierz Dąbrowski, polski psychiatra i psycholog, był autorem teorii dezintegracji pozytywnej. Myślał on o procesie zmiany rozwojowej, która jest immanentna dla człowieka, to znaczy przydarza się każdej osobie i jest koniecznym etapem w urzeczywistnianiu swojego potencjału. Moment dezintegracji najczęściej nie jest zbyt przyjemny, a często jest okupiony napięciem i lękiem, zmęczeniem i bólem, zwątpieniem i załamaniem (przypomnijmy sobie chociażby trudy czasu dojrzewania: wahania nastrojów, bolące ciało, niepokój). Pracę nad sobą można porównać do remontu domu – bardziej lub mniej gruntownego, z burzeniem ścian lub bez. Żeby mogło być lepiej, najpierw musi być nieco gorzej. W terapii przebudowujemy niefunkcjonalne sposoby działania i doświadczania na te bardziej funkcjonalne. Dotykamy uczuć dawno już zastygłych, które wysiłkiem woli (często jeszcze dziecięcej) zepchnęliśmy głęboko pod skórę. I po kilkunastu-kilkudziesięciu spotkaniach z psychoterapeutą okazuje się, że wraz z pogłębieniem oddychania, odzyskaniem kontaktu ze sobą i drugim człowiekiem, mamy jakieś pragnienia, które mogą być niezaspokojone, (a to może boleć!) albo robi się nam smutno lub wściekamy się, kiedy zdajemy sobie sprawę, że nasi rodzice wcale nie dali nam tego, co powinni.

Pytanie, jakie często stawiam sama sobie i moim klientom brzmi: po co całe to cierpienie? Po co mam się tak męczyć? Nie lepiej nie czuć? Otóż nie. Często w nieprzeżywaniu tych emocji leży przyczyna naszych obecnych problemów i po ich wyrażeniu i zintegrowaniu z nami samymi, możemy z większą siłą i ulgą radzić sobie z bieżącymi sprawami. Jest też dodatkowa korzyść z takiego „przepracowywania” nieprzyjemnych historii, odczuć i aspektów siebie. Mianowicie, jeśli robimy to przy mądrej obecności uważnego i życzliwego nam słuchacza, zyskujemy poczucie, że nie oszaleliśmy, że nasze kłopoty mają swoje źródło i że ktoś nas rozumie. To z kolei może pomóc nam odzyskać wiarę w ludzi i budować dobre relacje z nimi.

Przyjemności, rozkosze, smakowanie życia

Claudio Naranjo, który ten gestaltowski „dekalog” spisał, zdaje się zakładał, że nikt nie ma problemu z miłymi doświadczeniami. Nie jest to prawda.

Wielu klientów zgłasza się do terapeutów Gestalt z trudnością w przeżywaniu emocji – nic ich nie cieszy, nie ekscytuje, a przez to również nie wiedzą, na co mają ochotę. Mało kto widzi problem w tym, że nie przeżywa złości, smutku i strachu, ale niestety często odwrażliwienie ma tendencje do uogólniania się (w stadium zaawansowanym mamy wówczas do czynienia z depresją). Oznacza to, że wskutek zablokowania przeżywania emocji nie tylko się nie złościmy, ale też nie doznajemy ekscytacji i radości.

Prawdę powiedziawszy, również te odczucia, które na pierwszy rzut oka (lub serca) powinny być przyjemne, budzą w nas lęk – ilu z nas ucieka przed zakochaniem i otworzeniem się na drugiego człowieka? Są też bardziej błahe okoliczności, na które po prostu nie dajemy sobie przestrzeni. Czy nie jest tak, że jemy cokolwiek, bez smakowania pożywienia? Czy patrzymy w gwiazdy? Czy odwzajemniamy uśmiech nieznajomej osoby? Przecież z tych „błahostek” składa się nasza codzienność, a codzienność składa się na większość życia.

Jedną z cudownych właściwości dzieci jest to, że mają większą niż dorośli zdolność zachwycania się światem i ciekawienia nim. W dużej mierze wrażliwość na sztukę zachowują jeszcze nastolatki, a potem dziwnym trafem wpadamy w wir obowiązków, nie dbając o dogadzanie sobie. Często spotykam się z tym, że na wakacjach klientom zanikają albo znacząco zmniejszają się objawy, z którymi zgłaszają się do terapii. Ciekawe, prawda?

A teraz poddaj się.

Chcę zwrócić uwagę na pierwsze słowo tego punktu „dekalogu” gestaltowskiego. Czy w naszej kulturze „poddanie się” w ogóle wchodzi w grę? Czy nie kojarzy się jednoznacznie z klęską, przegraną, które pokazują nam samym i światu, jak bardzo jesteśmy słabi i bezradni (więcej na ten temat m.in. w książce A. Lowena: „Depresja i ciało”)? Niektóre walki są tak nierówne, że nie warto ich podejmować (np. ściganie się z własnym ideałem albo próby zasłużenia na miłość). Inne walki toczymy ze sobą, by pozostać wiernymi naszym przekonaniom, takim jak: zaspokojenie moich potrzeb oznacza dla moich bliskich zranienie. Tymczasem każdy potrzebuje wytchnienia i odpoczynku (czyli poddania się uczuciu zmęczenia), miłości (która jest zaprzeczeniem kontroli i władzy, vide „Miłość, seks i serce” A. Lowena), bliskości (czyli poddania się czemuś wspólnemu) i tak dalej. Poddanie się bywa naprawdę przyjemne (weźmy chociażby erotyczną rozkosz) i błogie (np. gdy leżymy absolutnie rozluźnieni na ziemi oddając jej swój ciężar).

Odloty i blokady

Z łatwością można odgadnąć, że nieograniczanie swojej świadomości odnosi się do narkotyków, ale czy tej samej funkcji nie pełnią wszelkie inne używki, napoje energetyzujące czy namiętności? Pewnie tak. Nie jestem jednak przekonana, że jest to zasada bezwyjątkowa – wszystko jest kwestią równowagi i umiaru. Nawet bez zewnętrznych „wspomagaczy” umiemy sobie pogorszyć rozumienie siebie i świata, np. broniąc się przed zobaczeniem, że wiedziemy życie, które nie daje nam satysfakcji, (wtedy „dobrą” obroną przed uświadomieniem sobie swojej frustracji jest skoncentrowanie się na zadaniach i wyzwaniach). Ograniczamy też świadomość swojego ciała, jeśli nieustannie napinamy niektóre partie mięśni (np. mocno zaciskając szczęki nie pozwalamy złości lub płaczowi wydostać się na zewnątrz, a kiedy to stanie się nawykowym napięciem – nawet nie wiemy, że coś powstrzymujemy). Bycie świadomym to wcale nie taka prosta sprawa, ale zarazem może dać wiele wolności i pewności siebie.

Pół dobrego, pół złego

Mój znajomy psychoterapeuta w jednym swoim tekście napisał tak: naturą rzeczy jest ich przemijalność, więc w samym zjawisku przywiązania istnieje tragedia. Łącząc się, jesteśmy skazani na rozłąkę i cierpienie. Kontaktując się, jesteśmy skazani na koniec kontaktu. Filozofia buddyjska uczy o idei nieprzywiązywania się i według niej jest to droga do uniknięcia cierpienia. Gestalt, choć ma swoje źródła w filozofiach wschodu, nie idzie tą ścieżką, a skupia się na przeżywaniu. Życie przy odpowiednim wsparciu jest tym, co można pięknie przeżyć, ale nie trzeba.

[Natalia Żuk]

Wyrażaj siebie

Podczas pierwszego roku szkolenia na psychoterapeutę odbyły się dwa treningi. Na jednym z nich brałam udział w ćwiczeniu, które polegało (tylko!) na tym, by wyjść z pomieszczenia, za chwilkę wrócić do niego, stanąć przed całą grupą i powiedzieć oto jestem.

Czemu to jest takie straszne?

Rodząc się, oznajmiamy to światu pierwszym, rozdzierającym krzykiem. Potem, kiedy tylko mamy mokrą pieluszkę, jesteśmy głodni, coś nas boli i z wielu innych powodów – płaczemy, kwilimy. Około drugiego roku życia odkrywamy cudowny świat buntu i w ten sposób mówimy o sobie. Jeszcze w przedszkolu stosunkowo łatwo popadamy w szloch, gdy coś nas szczególnie zasmuci, wystraszy, zmartwi, a gdy nas coś ucieszy – śmiejemy się do rozpuku.
Niestety utrwalił się w naszej kulturze taki model wychowania, które koncentruje się głównie na strofowaniu i interesowaniu się dzieckiem, gdy robi coś niewłaściwego z punktu widzenia rodzica, który nie zawsze ma chęć lub cierpliwość, by wnikać w źródło „złego” zachowania i patrzeć na dziecko z miłością. Jesteśmy odtrącani, kiedy „sobie pozwalamy” i sprzeciwiamy się woli rodzica, a kiedy „nie zachowujemy się” i podczas rodzinnego obiadu „bawimy się” jedzeniem, układając z niego fantazyjne wzory, jesteśmy karani. Gdy zdarzy się nam z radości skakać jak piłka, możemy usłyszeć: nie ciesz się jak głupi do sera (zawstydzanie). Za spontaniczność spotyka nas wrogość lub pogarda. Efekt jest taki, że jako dorośli jesteśmy potwornie zahamowani, jakby ktoś nam odebrał odruchy (bez)warunkowe. Gdy uczestniczyłam w treningu prowadzonym metodą Lowena, a więc opartym na ćwiczeniach i doświadczeniach fizycznych, jednym z zadań było mocne rozmasowywanie swojej stopy piłeczką golfową. W pierwszych momentach, mimo bardzo mocnego nacisku, nikt nawet nie pisnął. Wszyscy w milczeniu, czasem z lekkim grymasem znosili ból. Zaczęliśmy „się wyrażać” dopiero, gdy prowadząca powiedziała: no, co? Nie boli was?! Głos!

Świadomość tego, co wyrażamy

Wyrażanie siebie wymaga kilku przymiotów i umiejętności, których nabycie może zająć sporo czasu. Po pierwsze – samoświadomości. Uzewnętrznianie się niespójne z potrzebami i własną osobowością może przynieść więcej szkody niż pożytku. Na przykład osoba introwertyczna, nieśmiała, która chce być postrzegana jako przebojowa i zaczyna przybierać pozę amerykańskiego żołnierza jest odbierana w najlepszym razie jako śmieszna. Dużo gorzej, jeśli inni uwierzą w jej „gruboskórną” pozę i przestaną być wobec niej delikatni. Wtedy taka osoba wystawia się na zranienie i przekraczanie jej granic. Dlatego w terapii Gestalt tak często psychoterapeuci pytają, czego potrzebujesz? Co czujesz teraz, gdy mi o tym opowiadasz? Podejmowanie działania lub interakcji bez świadomości tego, co czujemy, zużywa naszą energię, zamiast jej dodawać i budować nas. Jeśli na przykład rzucamy bliskiej osobie oskarżenia bez zastanowienia się, o co nam chodzi, łatwo wszczynamy kłótnię; tymczasem wystarczyłoby na chwilkę się zatrzymać i poczuć. Może po prostu się przestraszyłem, że nie mogę na nią liczyć? Może poczułam, że mi na niej zależy? Jeśli będziemy wyrażać to, co naprawdę jest w nas, nasze komunikaty do świata przyniosą nam odpowiedzi, których potrzebujemy i nie będziemy uciekać się do manipulacji, by zyskać to, czego chcemy.

Dzielność

Podczas jednej z superwizji powiedziałam do mojej nauczycielki: ale ja się boję…, a ona na to: to bój się i rób! Bardzo urealnił mnie ten nakaz. Zrozumiałam, że z obawy przed złością klienta nie jestem całkowicie z nim szczera, podczas gdy sama zachęcałam go do „bycia sobą”.
Autoekspresja wymaga odwagi. Często spotykam się z założeniem, że zrobię coś, jak przestanę się bać. Otóż pragnę ogłosić, że ci, którzy uchodzą za odważnych także się boją, ale wyrażają siebie mimo tego! Jeśli będziemy czekać aż strach, (głównie przed oceną lub odrzuceniem), minie, przesiedzimy w kącie większość życia. Dzięki odwadze wychodzimy na parkiet, gdy chcemy zatańczyć, dzięki niej idziemy za odruchem serca, dzięki niej siadamy naprzeciwko bliskiej osoby, wyznając jej, co nas trapi albo czego potrzebujemy.
Nie ma szans, by nasze działanie czy nasza osoba wszystkim się spodobała. Dlatego podejmując ryzyko autoekspresji zawsze możemy w równym stopniu liczyć na głosy aprobaty i krytyki.

Obowiązuje zasada wzajemności

Nikt z nas – choćby po 50-ciu latach terapii – nie jest zupełnie odporny na ocenę i krytykę. By pokazać siebie, trzeba mieć minimalną chociaż nadzieję na życzliwość otoczenia, (co jest niebywale trudne dla osób, które wychowywały się w przemocowym środowisku). Jeśli oczekujemy od innych przychylnej interpretacji naszego zachowania, sami również nie wydawajmy pochopnych osądów. Z taką wyrozumiałością nasze relacje z innymi, zwłaszcza najbliższe, mogą się stać cieplejsze i bezpieczniejsze. Rozszerzyłabym jednak wezwanie do bycia życzliwym również na nieznajomych. Na przykład, zazwyczaj, gdy widzimy brudną osobę leżącą na chodniku, zakładamy, że jest pijana i nie należy się jej żadna pomoc. A może warto jednak zapytać, co się stało?

Preferencje nie wymagają referencji

Wyobraźmy sobie taką sytuację: przychodzi synek do mamy i mówi, że chciałby dostać coś do zjedzenia, bo właśnie wrócił z podwórkowego meczu piłki nożnej, jest zmęczony, musi uzupełnić kalorie i nie chciałby zasłabnąć. Dziwne? To czemu tak często, gdy mówimy o swojej potrzebie, oczekiwaniu czy chęci, uzasadniamy je zupełnie jakbyśmy musieli każdego przekonywać, że do czegoś mamy prawo, albo że nasze preferencje są wystarczająco uprawomocnione zewnętrznymi okolicznościami?
Uzasadnianie swojego stanowiska w relacjach interpersonalnych często przybiera formę tłumaczenia się, które ma na celu zrzucenie odpowiedzialności. Na przykład, na pytanie o to, czemu nie posprzątałaś po powrocie do domu, pada odpowiedź: bo musiałam jeszcze zjeść, pościelić, a w ogóle to wczoraj sprzątałam, (więc już jestem usprawiedliwiona)… Tymczasem prawdziwa odpowiedź brzmieć może: wybrałam tego nie robić, bo wolałam odpocząć.

Po co się wyrażać?

Według niektórych koncepcji różne dolegliwości psychiczne, takie jak objawy depresyjne, lękowe czy nerwicowe wynikają z zahamowania autoekspresji. W psychoterapii Gestalt akcentujemy, że zdrowa samoregulacja polega na tym, że każda figura, potrzeba jest „domykana” lub zaspakajana. Jeżeli już wiemy, czego doznajemy, czego chcemy, a nie mobilizujemy energii i nie działamy, skazujemy się na gromadzenie psychicznego napięcia i frustrację. A poza tym, autoekspresja może być całkiem przyjemna albo przynosić ulgę. Wie to każdy, kto choć raz śpiewał gospel, miał atak nieuzasadnionego śmiechu, brał udział w tańcu kontakt-improwizacja, albo stłukł w złości szklankę.

[Natalia Żuk]

cały dekalog Gestalt

 

Kinoterapia

Kinoterapia powstała jako dodatkowe narzędzie pracy terapeutycznej w Stanach Zjednoczonych w latach 80. i tam też jest najbardziej popularna. Jednakże początki samej idei sięgają czasów starożytnych i Arysotelesa (tak, tak). Wszyscy zapewne słyszeli o katharsis, czyli oczyszczającym przeżyciu często towarzyszącym oglądaniu greckich tragedii.
Filmoterapia, podobnie jak biblioterapia (chodzi o książki, nie o Biblię:-)), opiera się na trzech głównych procesach, spośród których oczyszczenie jest drugim. Pierwszym zaś jest identyfikacja, czyli utożsamienie się z losami i dylematami bohatera. Dzięki temu zjawisku razem z fikcyjnymi postaciami przeżywamy całą gamę uczuć, czasami takich, do których na co dzień nie mamy dostępu. Niektórzy bardzo poważni i zasadniczy dżentelmeni potrafią śmiać się do rozpuku podczas oglądania filmu, a dzielnie i zdroworozsądkowe kobiety – rzewnie płakać, podczas gdy nie umieją wzruszyć się rzeczywistymi wydarzeniami. Jeszcze inni mogą zainspirować się rozwiązaniami problemu, jakie wybrał bohater filmowy, aby pokierować swoimi sprawami. Takie zaangażowanie w alternatywną rzeczywistość jest dla nas bezpieczniejsze niż eksperymentowanie i przeżywanie w realnym życiu, ponieważ nie ciążą na nim konsekwencje, a obserwując zmagania bohaterów możemy nabrać dystansu do własnych kłopotów. Wraz z rozwojem akcji, (najczęściej na końcu), wchodzimy w etap oczyszczenia, które jest trudnoopisywalnym doświadczeniem, i któremu towarzyszą różnorodne uczucia: ulgi, radości, wzruszenia, refleksyjnego spokoju, nadziei. Krytycy filmowi mogą się zżymać na Hollywood, że wszystkie ich produkcje kończą się łatwym do przewidzenia happy endem, ale to jest właśnie potrzebne zestresowanym i pochłoniętym realizacją kolejnych celów odbiorcom. Trzecim etapem kinoterapii jest tzw. wgląd, który (w uproszczeniu) polega na zrozumieniu istoty własnych problemów czy konstrukcji psychicznej. Oglądanie filmu ułatwia takie „olśnienia”, ponieważ nie dochodzimy do nich własnym wysiłkiem, ale poprzez porównanie sytuacji postaci filmowej do naszej i naszego otoczenia. Dodatkowo krzepiącym elementem jest fakt, iż nie tylko my doświadczamy tego strasznego i, wydawałoby się, nierozwiązywalnego problemu. Ktoś może powiedzieć: „ok., ale ten facet z filmu był wymyślony”. Mogę na to odpowiedzieć: „ok, ale jego twórca musiał się inspirować jakąś, czyjąś rzeczywistością”. Jakkolwiek wyjątkowi byśmy byli, jesteśmy ludźmi i nasze osobiste problemy często są zanurzone w uniwersalnych kwestiach, takich jak: samotność, beznadzieja, wyzwania, przyjaźń itd.

Założę się, że przez ten kinoterpaeutyczny proces, przechodziłaś/ -łeś wiele razy nawet o tym nie wiedząc. I nic nie szkodzi – filmoterapia między innymi dlatego jest tak skutecznym narzędziem, że angażuje bardziej nasze serca niż głowy. Do tego celu możesz wybrać poważny i „życiowy” dramat (np.: „W pogoni za szczęściem”), wzbudzającą nadzieję komedię dla rozluźnienia (np. „To właśnie miłość”), albo dzieło głębokie i symboliczne (np. „Czarny łabędź”).

[Natalia Żuk]

W ramach psychoedukacyjnej akcji „RE:akcja w depresji” poprowadziłyśmy kinoterapię w Miejskim Punkcie Kultury PREXER-UŁ, a wcześniej – warsztaty kinoterapeutyczne dla młodzieży na Mazurach w ramach współpracy z Ełckim Stowarzyszeniem Aktywnych „Stopa”.

Sfera świadomości – wewnętrzna

W psychoterapii Gestalt wyróżniamy trzy sfery świadomości – wszystkie są równie ważne i równie wartościowe. Często używa się nawet porównania człowieka do stołu o trzech nogach. Dziś o pierwszej z nich – sferze wewnętrznej.

Świadomość wewnętrzna to emocje i sygnały z ciała, takie jak ból brzucha, smutek czy radosne poruszenie w splocie słonecznym. Dobrze, jeśli traktujesz te odczucia jako informacje od siebie dla siebie o sobie. Na przykład, gdy czujesz jak bardzo ściśnięty jest twój żołądek, możesz zacząć zdawać sobie sprawę ze swojego stresu, zmartwienia i zacząć ”nad nim pracować” – zaakceptować, zrozumieć powody albo po prostu zadbać o siebie i zrelaksować się. Czasem mam wrażenie, że wszyscy zapominamy o sobie i dopiero poważne zaburzenia funkcjonowania stanowią szansę na wprowadzenie zmian, dostrzeżenie swoich potrzeb i otrzymanie pomocy. Podobnie jest z emocjami – zresztą łatwo „zamienianymi” przez organizm na objawy somatyczne oraz tzw. „bloki mięśniowe”. Jeśli na przykład nie rozładowujesz swojej codziennej złości lub frustracji, możesz doświadczać migrenowych bólów głowy „niewiadomego pochodzenia”. Czy na pewno niewiadomego? Świadome doświadczanie stanów emocjonalnych jest nie tylko zdrowe, ale i przydatne – wsłuchując się z otwartością w swoje wnętrze, łatwiej będzie ci rozpoznać, co jest dla ciebie ważne, jakiego wyboru dokonać, jakie są twoje potrzeby.

Troska o siebie nie jest wyrazem egoizmu 🙂

[Natalia Żuk]