Czym jest depresja i jak ją leczyć?

Czasami zdarza się nam słyszeć od znajomych „mam taką depresję, że nie pytaj”. Zazwyczaj, gdy językiem potocznym określamy nasz stan jako „depresję”, mamy na myśli obniżony nastrój, a najkrócej mówiąc – „doła”. Nic dziwnego, że to określenie weszło do naszego codziennego słownika – jest najbardziej rozpowszechnionym zaburzeniem psychicznym. Jednakże depresja to nie zwykły smutek i niechęć do robienia czegoś.

Objawy

Zaburzenie depresyjne niesie ze sobą cały szereg różnorodnych objawów, które, według klasyfikacji psychiatrycznej, muszą utrzymywać się co najmniej przez dwa tygodnie. Obejmują one różne obszary – od nastroju przez myśli po objawy fizyczne:

Nastrój
– obniżenie podstawowego nastroju: smutek, przygnębienie, (szczególnie złe znoszenie poranków),
– poczucie winy,
– drażliwość,
– poczucie beznadziei,
– zamartwianie się, lęk,

Myślenie i samoocena:
– pesymistyczne nastawienie do samego siebie, przeszłości (Moje życie to pasmo porażek), teraźniejszości, a zwłaszcza przyszłości (Nic dobrego mnie nie czeka),
– poczucie niewydolności,
– brak akceptacji samego siebie,
– poczucie bezwartościowości,
– samooskarżanie się,
– zniekształcony obraz siebie,

Motywacja i zachowanie:
– utrata satysfakcji, anhedonia (niemożność odczuwania przyjemności),
– oczekiwanie kary,
– pragnienie śmierci,
– wołanie o pomoc,
– wycofanie z kontaktów społecznych,
– niemożność podjęcia decyzji,
– trudności w wykonywaniu swoich obowiązków,
– utrata lub niepohamowane łaknienie,

Objawy fizyczne:
– zaburzenia snu (sen za długi, „urywany” lub bezsenność; sen nie regenerujący),
– trudności w koncentracji uwagi,
– zmęczenie, niski poziom energii,
– zbyt duży lub zbyt mały napęd motoryczny,
– utrata wagi ciała lub znaczne przybieranie na wadze,
– różne dolegliwości somatyczne (np. nerwobóle, bóle głowy, kręgosłupa)

Jeśli powyższe objawy utrzymują się dwa lata, ale nie są nasilone, mówimy o dystymii.
Bardzo zbliżone symptomy ma osoba przeżywająca żałobę i żal po stracie. Pomimo swego podobieństwa, a także faktu, iż żałoba jest stanem predysponującym do rozwinięcia depresji, są to dwa różne zjawiska. Depresja jest zaburzeniem psychicznym, zaliczanym do grupy chorób afektywnych, zaś żałoba jest zjawiskiem psychospołecznym.

Epidemiologia depresji

Osoby urodzone po 1975 roku są dwukrotnie bardziej narażeni na przeżycie depresji niż ich dziadkowie, prawdopodobnie ze względu na zmieniające się warunki społeczne, historyczne i ekonomiczne. Około 12% mężczyzn i 20 % kobiet współczesnych przeżyje epizod depresji dużej. Coraz częściej też na tę chorobę zapadają nastolatki, a największe prawdopodobieństwo jej wystąpienia jest we wczesnej dorosłości. Kobiety doświadczają zaburzeń depresyjnych dwa razy częściej niż mężczyźni. Ma to prawdopodobnie uzasadnienie w stylu wychowania dziewcząt i chłopców – ci ostatni są zachęcani do wyrażania złości. Latami skrywana agresja i rozżalenie prowadzą do zamienienia ich na smutek, który jest bardziej społecznie akceptowany.

Pierwszy epizod depresyjny najczęściej pojawia się nagle i w swoim pierwotnym nasileniu trwa trzy miesiące. Bardzo głębokie epizody trwają dwukrotnie dłużej. Z jednej strony epizody depresji mają tendencję do zanikania, a z drugiej – aż 75% osób, które przeżyły depresję doświadczy jej objawów ponownie w ciągu 15 lat. Każdy kolejny epizod depresji zwiększa ryzyko nawrotu o 16%.

Etiologia depresji jednobiegunowej

Istnieje wiele różnych wyjaśnień dotyczących przyczyny depresji. Pierwsze z nich podkreśla rolę dziedziczenia (biologicznego i społecznego) – krewni pierwszego stopnia osób cierpiących na depresję są kilkukrotnie bardziej na nią narażeni. Drugie – że depresja ma podłoże neurochemiczne, gdyż podczas trwania depresji występują zaburzenia gospodarki chemicznej i strukturach mózgu (trudno powiedzieć, czy jest to bezpośrednia przyczyna, ale na pewno występują). Szczególną rolę pełnią w tym procesie nieprawidłowości w przekazie monoamin (norepinefryna, dopamina, serotonina). Trzecia koncepcja stwierdza zaburzenia hormonalne – np. niedoczynność tarczycy daje objawy zbliżone do depresyjnych, skąd prosta droga do wniosku, iż osoby z depresją cierpią na zaburzenie wydzielania tyroksyny. Podobnie jest w przypadku mężczyzn produkujących zbyt mało testosteronu. Ponadto osoby depresyjne mają podwyższony poziom „hormonu stresu”, czyli kortyzolu, a także – hormonu adrenokortykotropowego. Kolejne kocepcje akcentują zaburzenia aktywności niektórych części mózgu, np. płata czołowego prawej półkuli (nadczynność) i lewej półkuli (niedoczynność).

Psychologowie, podobnie jak lekarze, rozwinęli szereg koncepcji etiologicznych depresji. Zapewne część z was słyszała o „skali depresji Becka”, który był twórcą podejścia poznawczego w psychoterapii. Skala ta wskazuje takie przyczyny depresji jak:
– negatywne myśli nt. własnego „ja” i przebiegu życia,
– systematyczne błędy logicznego myślenia (arbitralne wnioskowanie, abstrakcja selektywne, nadmierne uogólnianie, wyolbrzymianie i pomniejszanie, personalizacja).

Inni psychologowie wskazują też rolę wyuczonej bezradności i poczucia beznadziejności. Z kolei modne ostatnio podejście akcentujące uważność, jest zdania, iż raz uruchomione myśli o własnej bezwartościowości i samooskarżanie, czekają w gotowości na kolejną okazję do uaktywnienia się, co ma swoje uzasadnienie neurologiczne. Tym, co podtrzymuje i wyzwala depresję jest nasz awersyjny sposób reagowania na to, co się wydarza, a także złość na siebie o to, że (znowu) tak fatalnie się czujemy (zwracanie się przeciwko sobie). Częstokroć psychoterapeuci zauważają, że pod manifestowanymi objawami depresji (smutek i przygaszenie) kryje się mnóstwo niewyrażonej złości, jeszcze głębiej – lęk i potrzeba bliskości

Leczenie depresji

Nierzadko w wychodzeniu z depresji przydatna jest farmakoterapia w postaci jednej z grup leków: trójpierścieniowych leków przeciwdepresyjnych (TCA), inhibitorów monoaminooksydazy (MAO), inhibitorów selektywnego powrotnego wychwytu serotoniny (SSRI). Czasami bez wsparcia lekowego psychoterapia nie jest możliwa, ponieważ pacjent nie jest w stanie ubrać się i wyjść z domu. Z drugiej jednak strony, lekarstwa nie „załatwią problemu” na dłuższy czas, ponieważ nie zmieniają sposobu myślenia o sobie i świecie, a także sposobu wyrażania emocji i ich przeżywania. Co ciekawe, skuteczność psychoterapii oraz farmakoterapii jest właściwie taka sama i wynosi 60-75% przypadków wyraźnej poprawy. Wyższy wskaźnik odnotowały jedynieLOGO_Re_Akcja_w_depresji elektrowstrząsy, ale w ich wypadku zagrożenie nawrotami jest bardzo wysokie. W przypadku dokończonego procesu psychoterapeutycznego możliwość nawrotu jest niska, a w przypadku farmakoterapii – wysoka. Jedynym obszarem, w którym psychoterapia „przegrywa” z lekarstwami jest czas trwania terapii.

[Natalia Żuk]

Psycholog, psychiatra, psychoterapeuta – kogo wybrać?

Jeśli doskwiera ci psychiczne cierpienie, a najbliżsi nie są dla ciebie wsparciem, zapewne szukasz dla siebie profesjonalnej pomocy. Ten miniprzewodnik może ci pomóc w określeniu, do jakiego specjalisty się zgłosić.

Psycholog udzieli pomocy psychologicznej lub przeprowadzi testy

Psycholog jest absolwentem uniwersyteckich studiów psychologicznych, który może mieć również uprawnienia do prowadzenia badań i testów psychologicznych. W Polsce często psychologa uznaje się za osobę, która wykształciła się na zawodowca pomagającego ludziom w ich problemach natury psychicznej. Warto jednak podkreślić dwie ważne kwestie. Pierwsza – specjalizacji psychologicznych jest wiele. Na przykład w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej jest aż osiem specjalizacji, m.in. psychologia mediów czy neurokognitywistyka. Spośród specjalizacji psychologicznych podstawy do udzielania pomocy psychologicznej czy porad psychologicznych ma tylko psychologia kliniczna i zdrowia. Jednocześnie sama wiedza psychologiczna nie daje narzędzi do prowadzenia psychoterapii.

Psychiatra postawi diagnozę i wypisze leki

Psychiatra to lekarz medycyny, który ukończył specjalizację psychiatryczną. Jest to profesjonalista przygotowany do diagnozowania zaburzeń i chorób psychicznych oraz ordynowania kuracji farmakologicznej. Lekarz psychiatra posiada wiedzę medyczną o funkcjonowaniu całego organizmu pacjentów, a w szczególności zajmuje się układami nerwowym i hormonalnym oraz tym, w jaki sposób można wpłynąć na poprawę ich funkcjonowania. Podczas zbierania wywiadu i prowadzenia pacjentów psychiatrzy zwracają również uwagę na uwarunkowania genetyczne, społeczne i interpersonalne, by zrozumieć, jakie jest podłoże problemów pacjenta. Na przykład osoba, która przez miesiąc ma obniżony nastrój, ma kłopoty ze snem i poczucie winy, może być uznana za pogrążoną w depresji, ale jeśli okaże się, że w ostatnich tygodniach straciła bliską osobę, to wówczas jej zachowanie uznaje się za prawidłową reakcję żałoby.

Psychoterapeuta prowadzi dialog, by zwiększyć samoświadomość pacjenta

Psychoterapeuta to osoba z wyższym wykształceniem magisterskim, która kończy lub ukończyła kilkuletnie szkolenie zawodowe z zakresu psychoterapii. Jest to profesjonalista przygotowany do diagnozowania klientów pod względem trudności w ich funkcjonowaniu i potrafiący zastosować narzędzia psychologiczne do pracy na rzecz rozwiązania problemów pacjenta. Ukończenie takiego szkolenia zawodowego wymaga najczęściej odbycia psychoterapii własnej (indywidualnej i/albo grupowej), dlatego można powiedzieć, że psychoterapeuta jest również gotowy do udzielania pomocy psychologicznej pod względem interpersonalnym i osobistym. Sesje terapeutyczne najczęściej odbywają się co tydzień (czasami częściej) i trwają 45-60 minut, a czas trwania terapii uzależniony jest od metody terapii oraz charakteru problemów, z jakimi zgłasza się klient (od kilku miesięcy do kilku lat).

Czego nie robi psychoterapeuta?

  • nie udziela porad życiowych,
  • nie obiecuje, że „będzie dobrze”,
  • nie przepisuje lekarstw,
  • nie zmienia osobowości pacjenta,
  • nie manipuluje klientem,
  • nie opowiada o swoich problemach,
  • nie nawiązuje relacji towarzyskiej, a tym bardziej seksualnej z pacjentem.

Wybieraj w kontakcie

Psychoterapeuci najczęściej pracują w dialogu z klientem, a gabinet terapeutyczny jest miejscem, gdzie mówimy sobie prawdę. Jeśli masz jakiekolwiek pytania dotyczące wykształcenia, przygotowania swojego (przyszłego) terapeuty, po prostu go o to zapytaj – ma obowiązek przedstawić zaświadczenia i dyplomy potwierdzające jego kwalifikacje.

Pamiętaj, że o ile formalne przygotowanie jest ważne dla zapewnienia ci bezpieczeństwa, o tyle badania dotyczące efektywności psychoterapii wskazują, że czynnikiem najbardziej leczącym i odpowiadającym za skuteczność leczenia jest relacja terapeutyczna (a nie na przykład znajomość technik czy podejście, w którym pracuje psychoterapeuta). Dlatego najistotniejsze jest, jak się czujesz w kontakcie z psychoterapeutą, czy czujesz się rozumiany, czy czujesz, że możesz tej osobie ufać. Między innymi temu służą wstępne spotkania z terapeutą, czyli konsultacje psychoterapeutyczne.

[Natalia Żuk-Michałowska]

Bądź sobą i pozwól innym być sobą*

Nie wiem, kim jestem, co czuję i dokąd zmierzam – to coraz częstszy problem zgłaszany podczas konsultacji psychoterapeutycznych. Z jednej strony jest to pokrzepiające, że ludziom zależy na tym, by czuć i wiedzieć, kim naprawdę są, a z drugiej – przykry znak czasów, w których dominująca kultura mówi nam, że możemy być kimkolwiek zechcemy i wprowadza mnóstwo systemów odniesienia. Przez to jesteśmy zagubieni i możliwość definiowania siebie traktujemy jako trudny obowiązek, w którym jesteśmy zdani wyłącznie na siebie.

 

Bycie tym samym

Francuski filozof Paul Ricoeur wyróżnił dwa typy tożsamości. Pierwsza to tożsamość idem, którą należy rozumieć jako bycie tym samym, co w przypadku człowieka oznacza jego charakter. Ten ostatni zaś rozumiał jako ogół cech wyróżniających, pozwalających ponownie zidentyfikować ludzką jednostkę jako będącą tą samą [za: P Karpiński, „Paul Ricouer – W poszukiwaniu tożsamości człowieka”, w: Kwartalnik Naukowy, nr 4(16)2013]. W Gestalcie powiedzielibyśmy, że charakter to pewne usztywnione sposoby reagowania/działania. Ponadto na charakter w ujęciu ricouerowskim, jak wskazuje Karpiński składają się: zespół nabytych utożsamień, takich jak wartości, normy, ideały, wzorce; przyzwyczajenia, poprzez które „rozpoznajemy-się-w” oraz „rozpoznajemy się po”. Najłatwiej i najdobitniej zaobserwować ten aspekt, gdy bliscy wspominają zmarłą osobę, przywołując (czasem dziwaczne), charakterystyczne dla niej cechy, powiedzonka, sposób bycia, ubierania się itp., które pozwalają innym tę osobę rozpoznać. Odpowiednikiem tego aspektu tożsamości w procesie terapii jest diagnoza (jakkolwiek rozumiana) i cechy wrodzone, jak np. temperament.

 

Bycie sobą

Drugi typ tożsamości wyróżniony przez Ricoeura to tożsamość ipse, czyli bycie sobą. W odróżnieniu od bardziej substancjalnej, niezmiennej w czasie tożsamości idem, tożsamość typu ipse jest procesualna i określa to, co może się w nas zmieniać. Z perspektywy Gestalt w jej najradykalniejszej formie, tylko ten aspekt tożsamości istnieje „naprawdę”. Mówimy wówczas nie, że jesteśmy sobą, lecz stajemy się sobą w nieustannej interakcji ze środowiskiem (ożywionym i nieożywionym) – self jest niekończącym się procesem.

Tego aspektu bardzo często dotykamy podczas psychoterapii, gdy klient próbuje rozpoznać, czy jego pragnienia, preferencje i wybory są jego własne, czy może zintrojektował („połknął” bez dekonstrukcji) je od ważnych obiektów. Jeden z moich klientów zauważył: to nawet nie są moje marzenia, a już zrealizowałem trzy czwarte z nich. To jakiś absurd!

Prostym narzędziem do znalezienia autodefinicji jest Test 20 Stwierdzeń, polegający na dokańczaniu 20 zdań, z których każde rozpoczyna się od słowa „jestem…”. Dalej mogą padać rzeczowniki (np. córką), przymiotniki (np. ładna) lub bardziej rozbudowane opisy (np. jestem taka, że złoszczę się, gdy ktoś mnie oszuka). Gdyby zbudować kontinuum od autodefinicji niezmiennych po te najbardziej zmienne, na jednym krańcu znajdą się rzeczowniki i trochę przymiotników (tworzących tożsamośc typu idem), które składają się na coś, co Ricoeur nazywa obietnicą zachowania siebie w czasie. Na drugim krańcu znalazłyby się pozostałe przymiotniki i opisy zachowań, które podlegają większej zmienności i poprzez które realizujemy bycie sobą, czyli tożsamość ipse.

 

Narracja

Tym co, wedle Ricoeura, spaja dwa aspekty tożsamości (idem ipse) jest narracja na temat samego siebie/postaci. Bohater opowieści jest rozpoznawany przez cały czas jako on sam, ale jednocześnie, zazwyczaj, przechodzi pewną przemianę. Jako ilustracja niech posłuży animacja „W głowie się nie mieści”, w której pokazany jest sposób funkcjonowania emocji, pamięci i tego, z czego składa się nasza osobowość (vide: https://youtu.be/6W29jNg2Dc4?t=57). Narratorka zgrabnie wyjaśnia, że zapamiętujemy różne wydarzenia i jeśli są one podsycone silnymi emocjami lub decyduje się w nich bieg dalszego życia, gromadzimy je w postaci „kluczowych wspomnień”. Każde z nich natomiast zasila jedną z „wysp osobowości”, a te z kolei czynią z nas nas samych. I tak, główna bohaterka, Riley jest sobą dzięki: wyspie rodziny, przyjaźni, szczerości, hokejowi i wygłupom.

A jakie byłyby twoje wyspy?

 

Poznaj – zaakceptuj – wspieraj

Kluczowym jest zatem właściwe rozpoznanie, kim jestem (i ewentualnie, w czym mam problem). Uważam, że to ważne mieć własne autodefinicje i narrację o tym, jak znalazłem się tu, gdzie jestem i jak stałam się tym, kim jestem. Jednocześnie, jeśli chcecie się troszkę „pobawić” lub jesteście złaknieni uporządkowanego wywodu, to polecam Test 16 Osobowości. Jest to darmowe narzędzie do testu osobowości on-line, badające 4 podstawowe wymiary: introwersji-ekstrawersji, intuicji-poznania, odczuwania-myślenia, osądzania-obserwacji. Nie spotkałam dotąd bardziej kompleksowego (choć zautomatyzowanego) opisu mnie samej i moich znajomych. Jestem ciekawa waszych opinii.

Kiedy już wiemy, kim jesteśmy oraz co jest dla nas ważne, postarajmy się wspierać te strony naszej osobowości, które są twórcze, dobre i zgodne z naszą filozofią życiową (lub wierzeniami). Jednocześnie chcę zniechęcić was do skreślania tych cech, których nie lubimy lub wstydzimy się. Dzięki uznaniu ich obecności stajemy się „bardziej sobą”, a cechy te osłabiają swoją moc (więcej o koncepcji paradoksalnej zmiany przeczytasz tu).

 

Z akceptacji siebie płynie większa życzliwość dla innych 

Czy nam się to podoba, czy nie, człowiek jest istotą społeczną i potrzebuje interakcji i relacji z innymi. Im jesteśmy bardziej krytyczni wobec najbliższych, (a nawet – wrodzy), tym trudniej z nami żyć. Jeśli twoje dziecko chce nosić skarpetki nie do pary, partner używa kubka po kilka razy nie myjąc go, a siostra preferuje rosół z ryżem, to „pozwól” na to. Co ci szkodzi? Daj innym przestrzeń, a wtedy będzie wam razem milej i docenicie się wzajemnie. Oczywiście, jeśli to, co robi druga osoba narusza twoje granice lub komfort, to reaguj.

 

Czy w psychoterapii zmieniamy swoją osobowość?

I tak i nie. Jeśli przyjąć, że na osobowość składają się sposoby funkcjonowania w relacjach i ze sobą samym, kluczowe lęki, przekonania i pragnienia ułożone w pewną strukturę, to częściowo w toku terapii możemy zmienić niektóre elementy, ale nie wszystkie. Na przykład lęk przed porzuceniem nie będzie nas już zalewał, paraliżował czy dyktował ucieczki z relacji, ale nadal będzie czasem się pojawiał. Może już nie będziesz robiła wszystkiego na 110%, ale nadal wykonanie na 70% będzie ci doskwierać. Chcę przez to powiedzieć, że tematy, na których koncentruje się każdy z nas są konstytutywne dla tego, jaką jest osobą i one nawet po wielu terapiach mogą z nami pozostać. Ważne jest, by zastąpić destruktywne (dla siebie lub innych), dysfunkcyjne sposoby reagowania lub działania zdrowszymi, bardziej efektywnymi itp.

 

* W różnych źródłach spotkałam się z różnymi interpretacjami i tłumaczeniami tego punktu. Pierwsza z nich mówi: „Bądź sobą i pozwól być sobą innym”, a druga: „Poddaj się temu, jaki jesteś. Nie udawaj kogoś innego”.

 

PS. Dwie dedykacje muzyczne dla wszystkich, którzy dążą do bycia sobą: https://www.youtube.com/watch?v=CidC5ZlWgVQ oraz https://www.youtube.com/watch?v=1qeMxFRD100

 

Zachowaj gotowość do eksperymentowania i otwartość na nowe doświadczenia. Dzięki temu możesz doświadczyć zmiany i rozwoju*

Odkąd zobaczyłam zdjęcie, przedstawiające pytanie: kiedy ostatnio zrobiłeś coś po raz pierwszy?, często o tym myślę. Po co nam doświadczanie nowości? Jak to się ma do wychodzenia ze strefy komfortu?

 

Czym jest eksperyment?

Kiedy proponuję klientom eksperyment np. polegający na ekspresyjnym ruchu ramionami w celu rozładowania napięcia, czasem słyszę, że to nie pomoże, bo już próbowałem. W jakimś sensie wszystko jest po raz pierwszy, bo rok temu nie byliśmy dokładnie tym, kim jesteśmy dzisiaj, bo nie próbowałeś tego w tej relacji i nie wiesz, jakie emocje wywoła to działanie dziś ze mną. Zatrzymanie się na tym, że skoro zraniło mnie trzech facetów, to oznacza, że czwarty zrobi to samo jest robieniem sobie krzywdy, bo odmawia się sobie szansy na zmianę. Na domiar złego taki sposób myślenia i postepowania działa jak samospełniające się proroctwo. Zatem miejsce na eksperyment jest wszędzie tam, gdzie reguły, przeszłe doświadczenia i wszelkie inne usztywnienia nie grają pierwszych skrzypiec. Wtedy budzi się w nas ciekawość i otwartość, a życie staje się interesujące. Między innymi dlatego bardzo lubię swoją pracę – nigdy nie wiem, co się wydarzy.

 

Pierwszyzna, czyli po co nam nowe doświadczenia

Przypomnijcie sobie sytuację, kiedy robicie coś po raz pierwszy. Jakie towarzyszą temu emocje? Jeśli było to w miarę bezpieczne, to pewnie czuliście ekscytację, czyli wysokie pobudzenie fizjologiczno-emocjonalne, połączone z zaciekawieniem, może radością lub podnieceniem. Jeśli nie czuliście się bezpiecznie, to zapewne w przeżywaniu nowości doświadczyliście lęku lub strachu. Najczęściej zaś występuje mieszanka wszystkich wyżej wymienionych. Już samo to pokazuje, że doświadczanie czegoś nowego kieruje naszą świadomość (awareness) do naszych zmysłów i emocji, które na co dzień coraz częściej odwrażliwiamy, (co jest na dłuższą metę niebezpieczne). Zatem dzięki „pierwszyźnie” czujemy z całą możliwą intensywnością, co otwiera nas na innych, na swoje ciało, a nierzadko i na kwestie duchowe.

 

Co więcej, branie udziału w nowych doświadczeniach jest źródłem wiedzy o sobie i innych, nie mówiąc już o wiedzy o świecie. Kiedy po raz pierwszy występujemy publicznie, próbujemy nowego rodzaju seksu, kiedy spotykamy nowych ludzi, często rewidujemy swoje przekonania na własny temat. Ja na przykład przekonałam się, że jednak przeżywam lęk podczas startu samolotu, co przywiodło mnie do dalszych wniosków na temat tego, kim jestem i co się zmieniło w moim życiu, skoro 10 lat temu się nie bałam. Nowe doświadczenia stanowią także niewyczerpane źródło obserwacji innych ludzi, zwłaszcza tych najbliższych. Możemy zobaczyć, w jakich sytuacjach nasza partnerka panikuje, a w jakich zachowuje spokój, jakie nasze zachowania są przez innych przeżywane z radością, a jakie z zazdrością, złością lub niepokojem. A dalej, jeśli o tym porozmawiamy, staje się to budulcem więzi lub inspiracją do zrewidowania katalogu wartości. Uważam, że jest to szczególnie ważne w związkach miłosnych, zwłaszcza, jeśli razem mieszkamy, ponieważ wtedy rutyna zabija w nas ciekawość, a dostarcza zadufanego przekonania, że już wszystko wiemy o drugiej osobie. Wkrótce potem okazuje się, że cały świat jest ciekawszy niż druga „połówka”.

 

Wychodzenie ze strefy komfortu

Z jednej strony zazdroszczę ludziom, którzy niezależnie od wieku decydują się na podjęcie nowych wyzwań lub zrobienie czegoś pierwszy raz. Z drugiej – doceniam rolę rytuałów i pewnej powtarzalności, które dają poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Z trzeciej – jestem gestaltystką, więc często pytam po co?. Z czwartej strony moje wykształcenie i refleksja socjologiczna dają mi nawyk krytycznego podejścia do społeczno-kulturowych trendów. Co z tego wynika? Zaciekawienie zawrotną karierą hasła „wyjdź ze strefy komfortu”. Zanim skądś wyjdziemy uważam, że powinniśmy wiedzieć mniej więcej dokąd się udajemy oraz z jakiego powodu opuszczamy miejsce, w którym jesteśmy.

Żyjemy w czasach, w których coraz bardziej symptomatyczne jest działanie bez kontaktu ze sobą i świadomości swoich potrzeb. Owocuje to podejściem, w którym nie reflektujemy, po co coś robimy, a od razu kombinujemy, jak coś zrobić/osiągnąć. Czyni to z nas osoby, kierujące się introjektami, czyli takimi nakazami/zakazami, sposobami widzenia świata, które „połknęliśmy” w całości bez „przeżuwania ich”, nadawania swojego znaczenia i które z jednej strony nas krępują, a z drugiej – zwalniają z myślenia. Przypomina to sytuację, w której (metaforycznie ujmując) ktoś mówi: skacz i wskakujemy do wody bez zadania sobie podstawowych pytań: po co miałbym skakać? Jest mi źle na brzegu? Jakie swoje potrzeby zaspokoję? Jakie cele zrealizuję wskakując do tej wody? Myślę, że indywidualnie i globalnie prowadzi to do opłakanych skutków.

Chcę powiedzieć, że jakkolwiek „wychodzenie ze strefy komfortu” jest wezwaniem zbieżnym z gestaltowskim „przykazaniem”, by eksperymentować i być otwartym na nowość, tak powinniśmy wiedzieć, czemu to ma służyć. Skoro siedzę sobie w kapciach przed telewizorem, jest mi dobrze, przytulnie, a obok drzemie ukochany pies, to wyrzucanie sobie, że oto zostałam w swojej strefie komfortu zamiast śmigać po festiwalach filmowych i kursach chińskiego, jest zwykłym bezsensem. Chyba, że dojdziemy do wniosku, że pozostajemy w swojej strefie komfortu dlatego, że boimy się ją przekroczyć, a przez to tracimy coś wartościowego (np. boimy się odrzucenia, więc nie wychodzimy do kontaktu z ludźmi, a potem cierpimy samotność).

 

Czym jest otwartość?

Na koniec o tym, jaką postawę życiową trzeba przyjąć, by nowe doświadczenia sprzyjały dobremu rozwojowi. Otóż trzeba być otwartym, co oznacza niebycie sztywnym perfekcjonistą, nieukrywanie się za maską (spokoju, doskonałości itp.), bycie rozluźnionym i zaciekawionym; nieprzyjmowanie postawy dyskryminującej i obronnej, ale branie pod uwagę nawet przykrych informacji zwrotnych, (a do tego – trzeba być odważnym). Trzeba być elastyczną i dopuszczać nowe rozwiązania, zwłaszcza gdy te, które założyłyśmy nie mogą być zrealizowane; trzeba umieć wątpić i choć trochę siebie lubić. Z takim wyposażeniem można czuć się na tyle bezpiecznie, że nie trzeba ryglować drzwi na szesnaście spustów. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Mnie udaje się to po odmieniających doświadczeniach, np. warsztatach, szczególnie ważnej sesji terapeutycznej, głębokim kontakcie z drugą osobą, podczas spotkania towarzyskiego, na wakacjach, po obejrzeniu poruszającego filmu. A ty? Byłeś kiedyś w takim stanie? Przypomnij sobie.

  

 * W różnych źródłach spotkałam się z różnymi interpretacjami i tłumaczeniami tego punktu. Pierwsza z nich mówi: „Zachowaj gotowość do eksperymentowania, by napotkać nowe sytuacje.“, a druga: „Otwórz się na zmianę i rozwój“. Powyższy tytuł tego wpisu jest moją interpretacją, płynącą z połączenia tych dwóch wersji.

[Natalia Żuk]

 

Nie akceptuj żadnego „powinieneś” za wyjątkiem tego, które jest naprawdę twoje

Powinnam jeszcze dzisiaj posprzątać. Nie mogę odejść od niej. Muszę już iść. Gdybyśmy zrobili sobie zapis wszystkich zdań, jakie codziennie wypowiadamy, można by pomyśleć, że jesteśmy poddani jakimś bliżej nieokreślonym siłom, którym winni jesteśmy posłuszeństwo.

 

Dzieciństwo tym się różni od dorosłości…

To była prawda, gdy byliśmy dziećmi. Wtedy niewykonanie polecenia rodzica groziło emocjonalnym obciążeniem (stresem, strachem) lub utratą (akceptacji, miłości). Jeśli nawet były chwilowe, dla dziecka bywa to zagrożeniem istnienia (w sensie emocjonlanym lub fizycznym). Niejednokrotnie słyszałam o niemądrych, niegodziwych sposobach „wychowawczych”, uzależniających dostanie posiłku od idealnego odrobienia pracy domowej, co skutkowało głodzeniem dziecka do późnych godzin nocnych, albo o szantażujących stwierdzeniach typu: jak tak robisz, to mamusię serce boli! Zatem w dzieciństwie naprawdę musieliśmy coś zrobić (konieczność) i powinniśmy byli coś robić, (niewykonanie tego okupywane było poczuciem winy lub wstydem). Zresztą, trudno mi potępić wpajanie dzieciom różnych zasad kindersztuby, zasad moralnych, dobrego wychowania czy okazywania szacunku starszym. One powodują, że życie w społeczeństwie jest znośne, a czasami nawet miłe.

W miarę zyskiwania dojrzałości, (nie jest to oczywiście moment odebrania dowodu tożsamości, ale wieloletni proces, do końca którego nie każdy dociera), przekonujemy się, że każdy jest de facto odpowiedzialny za siebie. Daje to poczucie wolności, że możemy robić i myśleć cokolwiek zechcemy, ale też jest przerażające.

Wolność, osobność i odpowiedzialność

Egzystencjalną konsekwencją takiej postawy jest uświadomienie sobie własnej osobności/ samotności. Jeśli jestem odpowiedzialna tylko za siebie (i swoje potomstwo, jeśli je posiadam), to znaczy, że również bliska mi osoba jest odpowiedzialna tylko za siebie. Jest zupełnie osobna ode mnie i nie jest „winna” mojemu niezadowoleniu lub zadowoleniu. Niejako tracę możliwość przerzucania na nią odpowiedzialności za to, jak się czuję (np. przez ciebie jestem nieszczęśliwa)oraz kontrolowania jej (np. sprawdzania wyników czyichś badań i „zmuszania” do zmiany diety). Mam obowiązek zadbania o siebie (np. skoro jestem nieszczęśliwa, mogę coś z tym zrobić) i szanuję odrębność drugiej osoby, traktując ją jak dorosłą (czyli nie wiem, co jest dla niej „obiektywnie” lepsze, mam tylko swoją opinię).

Związanie

Różne powinności często są pokarmem dla życia rodziny. Często nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak wiele z nich uwewnętrzniliśmy, połknęliśmy w całości jako dzieci, czyli w okresie, gdy jeszcze nie myśleliśmy o naszym rodzinnym uniwersum krytycznie. O tym, że coś nie jest oczywiste przekonujemy się, gdy próbujemy opowiedzieć o tych „koniecznościach” komuś spoza rodziny. Wtedy werbalizujemy zasady, które w rodzinie działają „podskórnie”, a reakcja drugiej osoby może nas skłonić do refleksji. Możemy sobie zdać sprawę, że jeśli ciotka wymaga wielogodzinnego siedzenia przy suto zastawionym stole, nie oznacza to, że powinniśmy to robić. Na serio. Choć oczywiście z różnych względów możemy się na to zdecydować. Jeśli uznasz, że wybierasz, decyzje nabierają ciężaru; mówienie, że się musi jest ucieczką od odpowiedzialności, dobrą wymówką, skrywaniem się za zdaniem Innego. Co dobrego masz z takiego unikania odpowiedzialności za siebie?

Operatory możliwości

W Gestalcie bardzo zwracamy uwagę na język, a szczególnie wyczuleni jesteśmy na tzw. operatory możliwości, czyli: muszę, chcę, mogę, powinienem itp. Podkreślamy, że czyjeś powinieneś staje się twoim muszę, gdy na to pozwolisz. Często powtarzam swoim klientom, że musisz to oddychać, jeść, pić i wydalać. To decyduje o przetrwaniu. Cała reszta zależy od twojej decyzji. Kiedy ktoś jest przekonany, że musi coś zrobić, pytam, co się stanie, gdy tego nie zrobi. Analizujemy wtedy przeróżne „katastrofy”, które mogą nastąpić, a następnie patrzymy, które z nich są pewne, które są do zaakceptowania. Jedną z częstych obaw ludzi jest to, że ktoś inny będzie na nich zezłoszczony lub źle ich oceni. Czasami okazuje się, że są to dla danej osoby tak wielkie nieprzyjemności, że wybiera podporządkowanie się woli Innego. Wtedy jednak zaczyna przeżywać to nie jako coś oczywistego, ale jako swój wybór, który ma określone zalety i wady (np. oznacza zachowanie bezkonfliktowej relacji kosztem swoich potrzeb).

Co dalej?     

Przypuśćmy, że już rozróżniamy czyjeś oczekiwania od swoich wyborów, czy decydujemy się im sprostać, czy nie. To jest jednak dopiero początek drogi, której nazwa brzmi: Czego ja chcę? Bywa to droga bardzo przyjemna i pełna przygód. Najczęściej jednak wyruszenie w nią budzi w nas (niemal egzystencjalny) lęk i poczucie zagubienia. Jednak uważam, że warto, bo bez porzucenia zależnej i nieświadomej postawy, nie sposób dotrzeć do samego siebie i czuć się w porządku.

[Natalia Żuk]

Poddaj się przeżywaniu nieprzyjemności i bólu, tak jak poddajesz się przeżywaniu przyjemności. Nie ograniczaj swojej świadomości.

Na pytanie, jak się miewa, mój dziadek zwykł mawiać, że boli go tu i ówdzie, a starość doskwiera i to znaczy, że jeszcze żyję.

Im jesteśmy młodsi, tym trudniej przychodzi nam pokorne i mądre znoszenie cierpienia. Nie pomaga nam w tym również zdominowany przez hedonizm świat, w którym żyjemy.

W terapii Gestalt kierowanie się przesłaniem, by przeżywać nieprzyjemne odczucia (takie jak ból, wściekłość, rozpacz, smutek) nie ma wiele wspólnego z chrześcijańskim przekonaniem, że cierpienie uszlachetnia. Gestaltowskie przesłanie wychodzi raczej z założenia, że każda pojawiająca się emocja ma swoją funkcję, a jej zignorowanie powoduje zaburzenie równowagi organizmu.

Psychoterapia jako przebudowa

Kaziemierz Dąbrowski, polski psychiatra i psycholog, był autorem teorii dezintegracji pozytywnej. Myślał on o procesie zmiany rozwojowej, która jest immanentna dla człowieka, to znaczy przydarza się każdej osobie i jest koniecznym etapem w urzeczywistnianiu swojego potencjału. Moment dezintegracji najczęściej nie jest zbyt przyjemny, a często jest okupiony napięciem i lękiem, zmęczeniem i bólem, zwątpieniem i załamaniem (przypomnijmy sobie chociażby trudy czasu dojrzewania: wahania nastrojów, bolące ciało, niepokój). Pracę nad sobą można porównać do remontu domu – bardziej lub mniej gruntownego, z burzeniem ścian lub bez. Żeby mogło być lepiej, najpierw musi być nieco gorzej. W terapii przebudowujemy niefunkcjonalne sposoby działania i doświadczania na te bardziej funkcjonalne. Dotykamy uczuć dawno już zastygłych, które wysiłkiem woli (często jeszcze dziecięcej) zepchnęliśmy głęboko pod skórę. I po kilkunastu-kilkudziesięciu spotkaniach z psychoterapeutą okazuje się, że wraz z pogłębieniem oddychania, odzyskaniem kontaktu ze sobą i drugim człowiekiem, mamy jakieś pragnienia, które mogą być niezaspokojone, (a to może boleć!) albo robi się nam smutno lub wściekamy się, kiedy zdajemy sobie sprawę, że nasi rodzice wcale nie dali nam tego, co powinni.

Pytanie, jakie często stawiam sama sobie i moim klientom brzmi: po co całe to cierpienie? Po co mam się tak męczyć? Nie lepiej nie czuć? Otóż nie. Często w nieprzeżywaniu tych emocji leży przyczyna naszych obecnych problemów i po ich wyrażeniu i zintegrowaniu z nami samymi, możemy z większą siłą i ulgą radzić sobie z bieżącymi sprawami. Jest też dodatkowa korzyść z takiego „przepracowywania” nieprzyjemnych historii, odczuć i aspektów siebie. Mianowicie, jeśli robimy to przy mądrej obecności uważnego i życzliwego nam słuchacza, zyskujemy poczucie, że nie oszaleliśmy, że nasze kłopoty mają swoje źródło i że ktoś nas rozumie. To z kolei może pomóc nam odzyskać wiarę w ludzi i budować dobre relacje z nimi.

Przyjemności, rozkosze, smakowanie życia

Claudio Naranjo, który ten gestaltowski „dekalog” spisał, zdaje się zakładał, że nikt nie ma problemu z miłymi doświadczeniami. Nie jest to prawda.

Wielu klientów zgłasza się do terapeutów Gestalt z trudnością w przeżywaniu emocji – nic ich nie cieszy, nie ekscytuje, a przez to również nie wiedzą, na co mają ochotę. Mało kto widzi problem w tym, że nie przeżywa złości, smutku i strachu, ale niestety często odwrażliwienie ma tendencje do uogólniania się (w stadium zaawansowanym mamy wówczas do czynienia z depresją). Oznacza to, że wskutek zablokowania przeżywania emocji nie tylko się nie złościmy, ale też nie doznajemy ekscytacji i radości.

Prawdę powiedziawszy, również te odczucia, które na pierwszy rzut oka (lub serca) powinny być przyjemne, budzą w nas lęk – ilu z nas ucieka przed zakochaniem i otworzeniem się na drugiego człowieka? Są też bardziej błahe okoliczności, na które po prostu nie dajemy sobie przestrzeni. Czy nie jest tak, że jemy cokolwiek, bez smakowania pożywienia? Czy patrzymy w gwiazdy? Czy odwzajemniamy uśmiech nieznajomej osoby? Przecież z tych „błahostek” składa się nasza codzienność, a codzienność składa się na większość życia.

Jedną z cudownych właściwości dzieci jest to, że mają większą niż dorośli zdolność zachwycania się światem i ciekawienia nim. W dużej mierze wrażliwość na sztukę zachowują jeszcze nastolatki, a potem dziwnym trafem wpadamy w wir obowiązków, nie dbając o dogadzanie sobie. Często spotykam się z tym, że na wakacjach klientom zanikają albo znacząco zmniejszają się objawy, z którymi zgłaszają się do terapii. Ciekawe, prawda?

A teraz poddaj się.

Chcę zwrócić uwagę na pierwsze słowo tego punktu „dekalogu” gestaltowskiego. Czy w naszej kulturze „poddanie się” w ogóle wchodzi w grę? Czy nie kojarzy się jednoznacznie z klęską, przegraną, które pokazują nam samym i światu, jak bardzo jesteśmy słabi i bezradni (więcej na ten temat m.in. w książce A. Lowena: „Depresja i ciało”)? Niektóre walki są tak nierówne, że nie warto ich podejmować (np. ściganie się z własnym ideałem albo próby zasłużenia na miłość). Inne walki toczymy ze sobą, by pozostać wiernymi naszym przekonaniom, takim jak: zaspokojenie moich potrzeb oznacza dla moich bliskich zranienie. Tymczasem każdy potrzebuje wytchnienia i odpoczynku (czyli poddania się uczuciu zmęczenia), miłości (która jest zaprzeczeniem kontroli i władzy, vide „Miłość, seks i serce” A. Lowena), bliskości (czyli poddania się czemuś wspólnemu) i tak dalej. Poddanie się bywa naprawdę przyjemne (weźmy chociażby erotyczną rozkosz) i błogie (np. gdy leżymy absolutnie rozluźnieni na ziemi oddając jej swój ciężar).

Odloty i blokady

Z łatwością można odgadnąć, że nieograniczanie swojej świadomości odnosi się do narkotyków, ale czy tej samej funkcji nie pełnią wszelkie inne używki, napoje energetyzujące czy namiętności? Pewnie tak. Nie jestem jednak przekonana, że jest to zasada bezwyjątkowa – wszystko jest kwestią równowagi i umiaru. Nawet bez zewnętrznych „wspomagaczy” umiemy sobie pogorszyć rozumienie siebie i świata, np. broniąc się przed zobaczeniem, że wiedziemy życie, które nie daje nam satysfakcji, (wtedy „dobrą” obroną przed uświadomieniem sobie swojej frustracji jest skoncentrowanie się na zadaniach i wyzwaniach). Ograniczamy też świadomość swojego ciała, jeśli nieustannie napinamy niektóre partie mięśni (np. mocno zaciskając szczęki nie pozwalamy złości lub płaczowi wydostać się na zewnątrz, a kiedy to stanie się nawykowym napięciem – nawet nie wiemy, że coś powstrzymujemy). Bycie świadomym to wcale nie taka prosta sprawa, ale zarazem może dać wiele wolności i pewności siebie.

Pół dobrego, pół złego

Mój znajomy psychoterapeuta w jednym swoim tekście napisał tak: naturą rzeczy jest ich przemijalność, więc w samym zjawisku przywiązania istnieje tragedia. Łącząc się, jesteśmy skazani na rozłąkę i cierpienie. Kontaktując się, jesteśmy skazani na koniec kontaktu. Filozofia buddyjska uczy o idei nieprzywiązywania się i według niej jest to droga do uniknięcia cierpienia. Gestalt, choć ma swoje źródła w filozofiach wschodu, nie idzie tą ścieżką, a skupia się na przeżywaniu. Życie przy odpowiednim wsparciu jest tym, co można pięknie przeżyć, ale nie trzeba.

[Natalia Żuk]

Wyrażaj siebie

Podczas pierwszego roku szkolenia na psychoterapeutę odbyły się dwa treningi. Na jednym z nich brałam udział w ćwiczeniu, które polegało (tylko!) na tym, by wyjść z pomieszczenia, za chwilkę wrócić do niego, stanąć przed całą grupą i powiedzieć oto jestem.

Czemu to jest takie straszne?

Rodząc się, oznajmiamy to światu pierwszym, rozdzierającym krzykiem. Potem, kiedy tylko mamy mokrą pieluszkę, jesteśmy głodni, coś nas boli i z wielu innych powodów – płaczemy, kwilimy. Około drugiego roku życia odkrywamy cudowny świat buntu i w ten sposób mówimy o sobie. Jeszcze w przedszkolu stosunkowo łatwo popadamy w szloch, gdy coś nas szczególnie zasmuci, wystraszy, zmartwi, a gdy nas coś ucieszy – śmiejemy się do rozpuku.
Niestety utrwalił się w naszej kulturze taki model wychowania, które koncentruje się głównie na strofowaniu i interesowaniu się dzieckiem, gdy robi coś niewłaściwego z punktu widzenia rodzica, który nie zawsze ma chęć lub cierpliwość, by wnikać w źródło „złego” zachowania i patrzeć na dziecko z miłością. Jesteśmy odtrącani, kiedy „sobie pozwalamy” i sprzeciwiamy się woli rodzica, a kiedy „nie zachowujemy się” i podczas rodzinnego obiadu „bawimy się” jedzeniem, układając z niego fantazyjne wzory, jesteśmy karani. Gdy zdarzy się nam z radości skakać jak piłka, możemy usłyszeć: nie ciesz się jak głupi do sera (zawstydzanie). Za spontaniczność spotyka nas wrogość lub pogarda. Efekt jest taki, że jako dorośli jesteśmy potwornie zahamowani, jakby ktoś nam odebrał odruchy (bez)warunkowe. Gdy uczestniczyłam w treningu prowadzonym metodą Lowena, a więc opartym na ćwiczeniach i doświadczeniach fizycznych, jednym z zadań było mocne rozmasowywanie swojej stopy piłeczką golfową. W pierwszych momentach, mimo bardzo mocnego nacisku, nikt nawet nie pisnął. Wszyscy w milczeniu, czasem z lekkim grymasem znosili ból. Zaczęliśmy „się wyrażać” dopiero, gdy prowadząca powiedziała: no, co? Nie boli was?! Głos!

Świadomość tego, co wyrażamy

Wyrażanie siebie wymaga kilku przymiotów i umiejętności, których nabycie może zająć sporo czasu. Po pierwsze – samoświadomości. Uzewnętrznianie się niespójne z potrzebami i własną osobowością może przynieść więcej szkody niż pożytku. Na przykład osoba introwertyczna, nieśmiała, która chce być postrzegana jako przebojowa i zaczyna przybierać pozę amerykańskiego żołnierza jest odbierana w najlepszym razie jako śmieszna. Dużo gorzej, jeśli inni uwierzą w jej „gruboskórną” pozę i przestaną być wobec niej delikatni. Wtedy taka osoba wystawia się na zranienie i przekraczanie jej granic. Dlatego w terapii Gestalt tak często psychoterapeuci pytają, czego potrzebujesz? Co czujesz teraz, gdy mi o tym opowiadasz? Podejmowanie działania lub interakcji bez świadomości tego, co czujemy, zużywa naszą energię, zamiast jej dodawać i budować nas. Jeśli na przykład rzucamy bliskiej osobie oskarżenia bez zastanowienia się, o co nam chodzi, łatwo wszczynamy kłótnię; tymczasem wystarczyłoby na chwilkę się zatrzymać i poczuć. Może po prostu się przestraszyłem, że nie mogę na nią liczyć? Może poczułam, że mi na niej zależy? Jeśli będziemy wyrażać to, co naprawdę jest w nas, nasze komunikaty do świata przyniosą nam odpowiedzi, których potrzebujemy i nie będziemy uciekać się do manipulacji, by zyskać to, czego chcemy.

Dzielność

Podczas jednej z superwizji powiedziałam do mojej nauczycielki: ale ja się boję…, a ona na to: to bój się i rób! Bardzo urealnił mnie ten nakaz. Zrozumiałam, że z obawy przed złością klienta nie jestem całkowicie z nim szczera, podczas gdy sama zachęcałam go do „bycia sobą”.
Autoekspresja wymaga odwagi. Często spotykam się z założeniem, że zrobię coś, jak przestanę się bać. Otóż pragnę ogłosić, że ci, którzy uchodzą za odważnych także się boją, ale wyrażają siebie mimo tego! Jeśli będziemy czekać aż strach, (głównie przed oceną lub odrzuceniem), minie, przesiedzimy w kącie większość życia. Dzięki odwadze wychodzimy na parkiet, gdy chcemy zatańczyć, dzięki niej idziemy za odruchem serca, dzięki niej siadamy naprzeciwko bliskiej osoby, wyznając jej, co nas trapi albo czego potrzebujemy.
Nie ma szans, by nasze działanie czy nasza osoba wszystkim się spodobała. Dlatego podejmując ryzyko autoekspresji zawsze możemy w równym stopniu liczyć na głosy aprobaty i krytyki.

Obowiązuje zasada wzajemności

Nikt z nas – choćby po 50-ciu latach terapii – nie jest zupełnie odporny na ocenę i krytykę. By pokazać siebie, trzeba mieć minimalną chociaż nadzieję na życzliwość otoczenia, (co jest niebywale trudne dla osób, które wychowywały się w przemocowym środowisku). Jeśli oczekujemy od innych przychylnej interpretacji naszego zachowania, sami również nie wydawajmy pochopnych osądów. Z taką wyrozumiałością nasze relacje z innymi, zwłaszcza najbliższe, mogą się stać cieplejsze i bezpieczniejsze. Rozszerzyłabym jednak wezwanie do bycia życzliwym również na nieznajomych. Na przykład, zazwyczaj, gdy widzimy brudną osobę leżącą na chodniku, zakładamy, że jest pijana i nie należy się jej żadna pomoc. A może warto jednak zapytać, co się stało?

Preferencje nie wymagają referencji

Wyobraźmy sobie taką sytuację: przychodzi synek do mamy i mówi, że chciałby dostać coś do zjedzenia, bo właśnie wrócił z podwórkowego meczu piłki nożnej, jest zmęczony, musi uzupełnić kalorie i nie chciałby zasłabnąć. Dziwne? To czemu tak często, gdy mówimy o swojej potrzebie, oczekiwaniu czy chęci, uzasadniamy je zupełnie jakbyśmy musieli każdego przekonywać, że do czegoś mamy prawo, albo że nasze preferencje są wystarczająco uprawomocnione zewnętrznymi okolicznościami?
Uzasadnianie swojego stanowiska w relacjach interpersonalnych często przybiera formę tłumaczenia się, które ma na celu zrzucenie odpowiedzialności. Na przykład, na pytanie o to, czemu nie posprzątałaś po powrocie do domu, pada odpowiedź: bo musiałam jeszcze zjeść, pościelić, a w ogóle to wczoraj sprzątałam, (więc już jestem usprawiedliwiona)… Tymczasem prawdziwa odpowiedź brzmieć może: wybrałam tego nie robić, bo wolałam odpocząć.

Po co się wyrażać?

Według niektórych koncepcji różne dolegliwości psychiczne, takie jak objawy depresyjne, lękowe czy nerwicowe wynikają z zahamowania autoekspresji. W psychoterapii Gestalt akcentujemy, że zdrowa samoregulacja polega na tym, że każda figura, potrzeba jest „domykana” lub zaspakajana. Jeżeli już wiemy, czego doznajemy, czego chcemy, a nie mobilizujemy energii i nie działamy, skazujemy się na gromadzenie psychicznego napięcia i frustrację. A poza tym, autoekspresja może być całkiem przyjemna albo przynosić ulgę. Wie to każdy, kto choć raz śpiewał gospel, miał atak nieuzasadnionego śmiechu, brał udział w tańcu kontakt-improwizacja, albo stłukł w złości szklankę.

[Natalia Żuk]

cały dekalog Gestalt

 

Kinoterapia

Kinoterapia powstała jako dodatkowe narzędzie pracy terapeutycznej w Stanach Zjednoczonych w latach 80. i tam też jest najbardziej popularna. Jednakże początki samej idei sięgają czasów starożytnych i Arysotelesa (tak, tak). Wszyscy zapewne słyszeli o katharsis, czyli oczyszczającym przeżyciu często towarzyszącym oglądaniu greckich tragedii.
Filmoterapia, podobnie jak biblioterapia (chodzi o książki, nie o Biblię:-)), opiera się na trzech głównych procesach, spośród których oczyszczenie jest drugim. Pierwszym zaś jest identyfikacja, czyli utożsamienie się z losami i dylematami bohatera. Dzięki temu zjawisku razem z fikcyjnymi postaciami przeżywamy całą gamę uczuć, czasami takich, do których na co dzień nie mamy dostępu. Niektórzy bardzo poważni i zasadniczy dżentelmeni potrafią śmiać się do rozpuku podczas oglądania filmu, a dzielnie i zdroworozsądkowe kobiety – rzewnie płakać, podczas gdy nie umieją wzruszyć się rzeczywistymi wydarzeniami. Jeszcze inni mogą zainspirować się rozwiązaniami problemu, jakie wybrał bohater filmowy, aby pokierować swoimi sprawami. Takie zaangażowanie w alternatywną rzeczywistość jest dla nas bezpieczniejsze niż eksperymentowanie i przeżywanie w realnym życiu, ponieważ nie ciążą na nim konsekwencje, a obserwując zmagania bohaterów możemy nabrać dystansu do własnych kłopotów. Wraz z rozwojem akcji, (najczęściej na końcu), wchodzimy w etap oczyszczenia, które jest trudnoopisywalnym doświadczeniem, i któremu towarzyszą różnorodne uczucia: ulgi, radości, wzruszenia, refleksyjnego spokoju, nadziei. Krytycy filmowi mogą się zżymać na Hollywood, że wszystkie ich produkcje kończą się łatwym do przewidzenia happy endem, ale to jest właśnie potrzebne zestresowanym i pochłoniętym realizacją kolejnych celów odbiorcom. Trzecim etapem kinoterapii jest tzw. wgląd, który (w uproszczeniu) polega na zrozumieniu istoty własnych problemów czy konstrukcji psychicznej. Oglądanie filmu ułatwia takie „olśnienia”, ponieważ nie dochodzimy do nich własnym wysiłkiem, ale poprzez porównanie sytuacji postaci filmowej do naszej i naszego otoczenia. Dodatkowo krzepiącym elementem jest fakt, iż nie tylko my doświadczamy tego strasznego i, wydawałoby się, nierozwiązywalnego problemu. Ktoś może powiedzieć: „ok., ale ten facet z filmu był wymyślony”. Mogę na to odpowiedzieć: „ok, ale jego twórca musiał się inspirować jakąś, czyjąś rzeczywistością”. Jakkolwiek wyjątkowi byśmy byli, jesteśmy ludźmi i nasze osobiste problemy często są zanurzone w uniwersalnych kwestiach, takich jak: samotność, beznadzieja, wyzwania, przyjaźń itd.

Założę się, że przez ten kinoterpaeutyczny proces, przechodziłaś/ -łeś wiele razy nawet o tym nie wiedząc. I nic nie szkodzi – filmoterapia między innymi dlatego jest tak skutecznym narzędziem, że angażuje bardziej nasze serca niż głowy. Do tego celu możesz wybrać poważny i „życiowy” dramat (np.: „W pogoni za szczęściem”), wzbudzającą nadzieję komedię dla rozluźnienia (np. „To właśnie miłość”), albo dzieło głębokie i symboliczne (np. „Czarny łabędź”).

[Natalia Żuk]

W ramach psychoedukacyjnej akcji „RE:akcja w depresji” poprowadziłyśmy kinoterapię w Miejskim Punkcie Kultury PREXER-UŁ, a wcześniej – warsztaty kinoterapeutyczne dla młodzieży na Mazurach w ramach współpracy z Ełckim Stowarzyszeniem Aktywnych „Stopa”.

Przestań niepotrzebnie myśleć – zacznij postrzegać środowisko takim, jakie jest i z takim nawiązuj kontakt *

Umysł i myślenie są jednym z najważniejszych motorów rozwoju i ewolucji człowieka. Jednak, podobnie jak w przypadku lekarstw, w za dużym stężeniu są trujące. Zaciemniają nam obraz rzeczywistości, samych siebie, drugiego człowieka. Są ludzie, którzy – będąc niewiarygodnie inteligentnymi erudytami i specjalistami w swojej dziedzinie – na wszystko, co ich otacza patrzą przez pryzmat teorii. Są też tacy, którzy siebie samych widzą tylko przez pryzmat koncepcji na swój temat (często podarowanych od opiekunów), a także tacy, którzy tak widzą innych (np. skoro ktoś jest „lewakiem”/ „prawakiem”, to na pewno jest głupi). To, co myślimy nie jest rzeczywistością.

Fenomeny rzeczywistości
Podwaliną Gestaltu jest między innymi fenomenologia – orientacja filozoficzna, której postulatem jest postrzeganie i opis rzeczy takimi, jakie się jawią, po „wzięciu w nawias” założeń ich dotyczących w umyśle poznającego podmiotu. Wcale nie jest to proste, o czym przekonujemy się choćby podczas warsztatów psychologicznych. Korzystamy z prostego ćwiczenia, pomagającego odróżnić rzeczywistość od wyobrażeń. Pokazujemy grupie fotografię nieznanych im osób i najpierw prosimy o powiedzenie, co widać na zdjęciu. W odpowiedzi możemy usłyszeć przeróżne interpretacje, np.: to jest dziadek z wnuczkiem; rodzina na spacerze; świąteczna przechadzka. Po kilku chwilach okazuje się, że nie wiemy, co jest prawdą. To, co faktycznie widać na fotografii to po prostu dwóch ludzi na chodniku, jeden jest starszy wiekiem i wyższy, drugi młodszy i niższy; nie wiemy, jaka relacja ich łączy. Inne ćwiczenie polega na patrzeniu na drugą osobę i mówieniu, co się widzi – bardzo szybko wkradają się nam oceny i wnioskowania. Zamiast powiedzieć, że widzimy czyjeś błękitne oczy z zielonymi kreskami, mówimy, że ma piękne oczy, a to już jest ocena (miła, ale jednak ocena).

Kiedy otwieramy się na fenomeny, świat staje się niepomiernie bardziej interesujący i pociągający. Oczywiście gdybyśmy bez przerwy stosowali tę fenomenologiczną metodę, nie zdążylibyśmy dostatecznie szybko orientować się w rzeczywistości społeczno-kulturowej. Często jednakże warto…

posmakować rodzynkę
Blisko fenomenologii znajduje się nurt uważności (mindfullness), który jest kojarzony z metodami relaksacji, medytacji, a także – terapią. Sztandarowym ćwiczeniem uważności jest odkrywanie rodzynki we wszystkich jej właściwościach, dzięki czemu możemy z nią „obcować” dobrych kilka-kilkanaście minut: obejrzeć ją w świetle, poczuć jej skórkę palcami, zapach nozdrzami, dotknąć językiem, sprawdzić sprężystość, wiotkość, położyć na języku, nadgryźć, poczuć smak, konsystencję…. itd. Pytanie, po co. A jeśli zamiast rodzynki będziemy z taką uważnością postępować z bliskimi? Jeśli będziemy jeść w ten sposób? Wówczas będziemy rozpoczynać kontakt od sprawdzenia, jakie jest to coś lub ktoś, zamiast od oceny lub naszego nastawienia (np. lubię/ nie lubię). W psychologii taką umiejętność nazywa się „testowaniem rzeczywistości” i jest to umiejętność niedostępna osobom, które są w psychozie. Jej właściwością jest bowiem to, że wewnętrzne wyobrażenia i fenomeny przyćmiewają rzeczywistość obiektywną.

„Gdyby było inaczej…”
Innym obszarem zajmowania się tym, czego nie ma w środowisku jest narzekanie i obwinianie. Weźmy przykład kobiety, która codziennie wytyka swemu mężczyźnie błędy, a jednak się z nim nie rozstaje (oczywiście może jest z nim, bo boi się być sama). Możliwe, że są jakieś powody, dla których z nim jest – choćby najmniejsze: sposób, w jaki on się uśmiecha, to, że podobają mu się podobne filmy czy jako jedyny z dotychczasowych partnerów lubi jej matkę. Jak w każdej relacji, są też sprawy, które ją w nim drażnią i okłamywaniem siebie byłoby zupełne ich ignorowanie. Warto jednak przyjrzeć się temu, jak jest, zamiast być stale niezadowolonym z tego, że rzeczywistość odbiega od naszych postulatów i marzeń, (a zawsze pod pewnym względami odbiega). Jeśli tak robimy, nie nawiązujemy kontaktu ze środowiskiem takim jakie jest, ale z takim, jakie nie jest. Jeśli mamy w głowie założenie, że nasz przyjaciel powinien być dla nas zawsze dostępny, to kiedy dzwonimy do niego o drugiej w nocy, a on nie odbiera, czujemy się zranieni, bo nie jest non stop dostępny. Jeśli odrzucimy to wymaganie względem rzeczywistości, możemy dostrzec, że nasz przyjaciel jest dla nas dostępny codziennie w godzinach 8:00-22:00. Rzecz jasna, życie iluzjami ma też rewers – kiedy nie chcemy dostrzec, że coś naprawdę jest nie w porządku. Szczególnie bolesne jest to w rodzinach z problemem alkoholowym – wszyscy członkowie wiedzą/ domyślają się, że ich bliski jest uzależniony, ale uznanie tego faktu musiałoby spowodować w nich wszystkich zmianę zachowania. Łatwiej jest wtedy liczyć na cud.

…bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie.
Na koniec słowo o decyzjach. Często spotykam ludzi, którzy, mając problem starają się go rozstrzygnąć umysłem. Jest o świetna metoda, gdy idzie o inwestowanie kapitału, ale już w obszarze psychiki, czy relacji raczej się nie sprawdza. Czy spędzić święta z rodziną? Czy zaprosić ją na kawę? Czy przyjąć tę ofertę pracy? Czy powiedzieć mu prawdę o swoich uczuciach? – to tylko garść pytań, jakie ludzie stawiają sobie każdego dnia. Jeśli decyzję będziemy chcieli podjąć ważąc argumenty racjonalne, utoniemy w nich – nasz umysł jest nieskończony i wystarczająco bystra osoba dostrzeżenie mnóstwo „za” i równie dużo „przeciw”. Takie rozmyślania, niepołączone z potrzebami, pragnieniami i prawdą o nas samych, są czystymi hipotezami. Często powstrzymujemy się przed zrobieniem tego, czego potrzebujemy, bo wymyślamy scenariusze reakcji na nasze działania, czyli znowu nawiązując kontakt z naszymi wyobrażeniami, a nie rzeczywistością. Bardziej pomocne okazuje się skupienie na swoich fenomenach w kontakcie z daną sprawą, czyli sprawdzenie, co czuję w emocjach i w ciele, gdy wyobrażam sobie siebie przy stole z ciotką Krysią?, co czuję, gdy widzę tę dziewczynę?; czy, znając siebie, chcę pracować 50 godzin tygodniowo?; czy zależy mi na szczerości?

Środowisko, czyli wszystko, co nie jest nami samymi, będzie nas zaskakiwać, gdy otworzymy zmysły i serce na kontakt z nim.

cały dekalog Gestalt

*W różnych źródłach spotkałam się z różnymi interpretacjami i tłumaczeniami tego punktu. Pierwsza z nich mówi: „Przestań niepotrzebnie myśleć – zamiast tego patrz i smakuj”, a druga: „Postrzegaj swoje środowisko takim, jakie ono jest, a nie takim, jakim twoim zdaniem powinno być. Nawiązuj kontakt z tak postrzeganym środowiskiem“. Tytuł tego wpisu jest moją interpretacją, płynącą z połączenia tych dwóch wersji.

[Natalia Żuk]

Doświadczaj siebie i akceptuj siebie takiego, jakim jesteś *

W 1970 roku Arnold Beisser sformułował paradoksalną teorię zmiany. Głosi ona, iż zmieniamy się dopiero wtedy, gdy staniemy się sobą.

Zaprzeczanie sobie
Często w gabinecie słyszę: chciałbym to przełamać w sobie; nie chcę tego czuć itp. Na takie zdania reaguję emocjonalną reakcją alergiczną, ponieważ są zaprzeczeniem sobie. Każdy z nas był dzieckiem i niektórzy pamiętają, jak reagowali, gdy ktoś do czegoś ich zmuszał: jedzenia nielubianej potrawy, odrabiania lekcji, pozostania w domu albo zabronienia „mazania się“, czyli płaczu. Jakie to było? Jakie reakcje emocjonalne i fizyczne to wywoływało? Napięcie, stres, podległość wynikającą ze strachu (bądź szacunku, choć w to powątpiewam), pod którą gotowała się wściekłość, poczucie skrzywdzenia, niezrozumienia. W takich momentach można nie znosić własnych rodziców czy opiekunów. A jednak taki stosunek do samego siebie często zostaje uwewnętrzniony i ilekroć nie jesteśmy prawidłowi, wystarczająco dobrzy lub doświadczamy dyskomfortu, mówimy do siebie: nie czuj tego; zmień się do jasnej pogody; nie potrzebuj tego; nie rób tamtego; boże, jaki jesteś beznadziejny! W takich warunkach nie możemy dokonać zmiany, ewoluować, rozwinąć się. Może przyniesie to jakiś skutek, ale będzie on osiągany drogą przemocy wobec samego siebie. Często też takie pełne dezaprobaty podejście do siebie powoduje, że nie możemy nawet siebie poznać, przestaje nas obchodzić, jacy jesteśmy; liczy się tylko to, że nie-tacy. Czy zatem gestaltyści uważają, że nie mamy po co się zmieniać?

Samoświadomość
W terapii gestalt pierwszoplanowe miejsce przypada temu, co jest, czyli (samo)świadomości. Ona z kolei wymaga odwagi i nieco wsparcia z zewnątrz. Doświadczanie siebie w całej pełni jest pierwszym krokiem do zmiany. Sądzę, że jeśli ktoś myśli od dawna o terapii, a się na nią nie decyduje, to jest główny powód odwlekania: musiałby się skonfrontować ze wszystkim, co może mu się w sobie nie podobać (np. że wcale nie lubi pracować i jest nieodpowiedzialny, że kłamie, by inni go lubili, że zachowuje się jak swoja matka, choć zawsze powtarzała sobie, że nigdy taka będę).

Czasami też boimy się zobaczyć swoje dobre strony, bo przeszkadza nam w tym skrypt „jestem nie-ok“. Doświadczanie siebie w pełni, to zobaczenie swoich wad i zalet, czucie swojego ciała (np. co do mnie mówi mój dwudniowy ból głowy?), swoich emocji, śledzenie swojego toku myślowego, zastanawianie się nad znaczeniem snów, relacji z innymi itd. Umówmy się – to jest ciężka praca, choć pozornie hasło „doświadczaj siebie“ jest sielankowo-hedonistyczne.

Akceptacja siebie
Akceptowanie siebie takim, jakim się jest nie oznacza ślepego ubóstwiania wszystkich swoich blasków i cieni, lecz – nieoceniający stosunek do siebie. Z takim nastawieniem bowiem łatwiej jest zobaczyć, co mogę z tym zrobić? Jak mogę to zmienić? Słowem, wziąć odpowiedzialność. Gdy jesteśmy skupieni na ocenie, raczej sobie zaprzeczamy, wstydzimy się lub przeżywamy poczucie winy i to pochłania całą naszą energię. Życzliwe, kochające spojrzenie na siebie jest dostępne tym, którzy kiedyś zaznali go z zewnątrz – jako niemowlęta, gdy mama słodko do nich mówiła, nawet jak nie byli urodziwi, jako dzieci, gdy kochający dziadek bawił się z nimi, jako nastolatki, gdy ktoś ich pokochał. Rzadko jednak doświadczamy wystarczającej liczby wzmocnień dla takiego podejścia do siebie, by było uwewnętrznione. Wtedy ważne, by doświadczyć nieoceniającej, bezwarunkowej akceptacji, choćby od psychoterapeuty. Każdy z nas bowiem potrzebuje być przyjętym takim, jakim jest, a nie tylko pod warunkiem bycia dobrym, odpowiednim, idealnym.

Granice tolerancji
Czy zatem wszystko nam wolno? Zawsze jesteśmy OK, niezależnie od tego, jak postępujemy? Oczywiście odpowiedź jest przecząca. Z fotela terapeuty obchodzą mnie tylko trzy rzeczy w kwestii moralności: 1. Czy osoba, naprzeciwko której siedzę krzywdzi siebie? 2. Czy ta osoba krzywdzi innych? 3. Czy doświadcza krzywdy od kogoś innego? Są to – wcale nie takie obiektywne – kryteria oceny, co wymaga zmiany, która przyczyni się do polepszenia życia.

cały dekalog Gestalt

* W różnych źródłach spotkałam się z różnymi interpretacjami i itłumaczeniami tego punktu. Pierwsza z nich mówi: „Przestań sobie wyobrażać – doświadczaj tego, co rzeczywiste.“, a druga: „Akceptuj siebie takim, jakim jesteś“. Tytuł tego wpisu jest moją interpretacją, płynącą z połączenia tych dwóch wersji.

[Natalia Żuk]