Bądź sobą i pozwól innym być sobą*

Nie wiem, kim jestem, co czuję i dokąd zmierzam – to coraz częstszy problem zgłaszany podczas konsultacji psychoterapeutycznych. Z jednej strony jest to pokrzepiające, że ludziom zależy na tym, by czuć i wiedzieć, kim naprawdę są, a z drugiej – przykry znak czasów, w których dominująca kultura mówi nam, że możemy być kimkolwiek zechcemy i wprowadza mnóstwo systemów odniesienia. Przez to jesteśmy zagubieni i możliwość definiowania siebie traktujemy jako trudny obowiązek, w którym jesteśmy zdani wyłącznie na siebie.

 

Bycie tym samym

Francuski filozof Paul Ricoeur wyróżnił dwa typy tożsamości. Pierwsza to tożsamość idem, którą należy rozumieć jako bycie tym samym, co w przypadku człowieka oznacza jego charakter. Ten ostatni zaś rozumiał jako ogół cech wyróżniających, pozwalających ponownie zidentyfikować ludzką jednostkę jako będącą tą samą [za: P Karpiński, „Paul Ricouer – W poszukiwaniu tożsamości człowieka”, w: Kwartalnik Naukowy, nr 4(16)2013]. W Gestalcie powiedzielibyśmy, że charakter to pewne usztywnione sposoby reagowania/działania. Ponadto na charakter w ujęciu ricouerowskim, jak wskazuje Karpiński składają się: zespół nabytych utożsamień, takich jak wartości, normy, ideały, wzorce; przyzwyczajenia, poprzez które „rozpoznajemy-się-w” oraz „rozpoznajemy się po”. Najłatwiej i najdobitniej zaobserwować ten aspekt, gdy bliscy wspominają zmarłą osobę, przywołując (czasem dziwaczne), charakterystyczne dla niej cechy, powiedzonka, sposób bycia, ubierania się itp., które pozwalają innym tę osobę rozpoznać. Odpowiednikiem tego aspektu tożsamości w procesie terapii jest diagnoza (jakkolwiek rozumiana) i cechy wrodzone, jak np. temperament.

 

Bycie sobą

Drugi typ tożsamości wyróżniony przez Ricoeura to tożsamość ipse, czyli bycie sobą. W odróżnieniu od bardziej substancjalnej, niezmiennej w czasie tożsamości idem, tożsamość typu ipse jest procesualna i określa to, co może się w nas zmieniać. Z perspektywy Gestalt w jej najradykalniejszej formie, tylko ten aspekt tożsamości istnieje „naprawdę”. Mówimy wówczas nie, że jesteśmy sobą, lecz stajemy się sobą w nieustannej interakcji ze środowiskiem (ożywionym i nieożywionym) – self jest niekończącym się procesem.

Tego aspektu bardzo często dotykamy podczas psychoterapii, gdy klient próbuje rozpoznać, czy jego pragnienia, preferencje i wybory są jego własne, czy może zintrojektował („połknął” bez dekonstrukcji) je od ważnych obiektów. Jeden z moich klientów zauważył: to nawet nie są moje marzenia, a już zrealizowałem trzy czwarte z nich. To jakiś absurd!

Prostym narzędziem do znalezienia autodefinicji jest Test 20 Stwierdzeń, polegający na dokańczaniu 20 zdań, z których każde rozpoczyna się od słowa „jestem…”. Dalej mogą padać rzeczowniki (np. córką), przymiotniki (np. ładna) lub bardziej rozbudowane opisy (np. jestem taka, że złoszczę się, gdy ktoś mnie oszuka). Gdyby zbudować kontinuum od autodefinicji niezmiennych po te najbardziej zmienne, na jednym krańcu znajdą się rzeczowniki i trochę przymiotników (tworzących tożsamośc typu idem), które składają się na coś, co Ricoeur nazywa obietnicą zachowania siebie w czasie. Na drugim krańcu znalazłyby się pozostałe przymiotniki i opisy zachowań, które podlegają większej zmienności i poprzez które realizujemy bycie sobą, czyli tożsamość ipse.

 

Narracja

Tym co, wedle Ricoeura, spaja dwa aspekty tożsamości (idem ipse) jest narracja na temat samego siebie/postaci. Bohater opowieści jest rozpoznawany przez cały czas jako on sam, ale jednocześnie, zazwyczaj, przechodzi pewną przemianę. Jako ilustracja niech posłuży animacja „W głowie się nie mieści”, w której pokazany jest sposób funkcjonowania emocji, pamięci i tego, z czego składa się nasza osobowość (vide: https://youtu.be/6W29jNg2Dc4?t=57). Narratorka zgrabnie wyjaśnia, że zapamiętujemy różne wydarzenia i jeśli są one podsycone silnymi emocjami lub decyduje się w nich bieg dalszego życia, gromadzimy je w postaci „kluczowych wspomnień”. Każde z nich natomiast zasila jedną z „wysp osobowości”, a te z kolei czynią z nas nas samych. I tak, główna bohaterka, Riley jest sobą dzięki: wyspie rodziny, przyjaźni, szczerości, hokejowi i wygłupom.

A jakie byłyby twoje wyspy?

 

Poznaj – zaakceptuj – wspieraj

Kluczowym jest zatem właściwe rozpoznanie, kim jestem (i ewentualnie, w czym mam problem). Uważam, że to ważne mieć własne autodefinicje i narrację o tym, jak znalazłem się tu, gdzie jestem i jak stałam się tym, kim jestem. Jednocześnie, jeśli chcecie się troszkę „pobawić” lub jesteście złaknieni uporządkowanego wywodu, to polecam Test 16 Osobowości. Jest to darmowe narzędzie do testu osobowości on-line, badające 4 podstawowe wymiary: introwersji-ekstrawersji, intuicji-poznania, odczuwania-myślenia, osądzania-obserwacji. Nie spotkałam dotąd bardziej kompleksowego (choć zautomatyzowanego) opisu mnie samej i moich znajomych. Jestem ciekawa waszych opinii.

Kiedy już wiemy, kim jesteśmy oraz co jest dla nas ważne, postarajmy się wspierać te strony naszej osobowości, które są twórcze, dobre i zgodne z naszą filozofią życiową (lub wierzeniami). Jednocześnie chcę zniechęcić was do skreślania tych cech, których nie lubimy lub wstydzimy się. Dzięki uznaniu ich obecności stajemy się „bardziej sobą”, a cechy te osłabiają swoją moc (więcej o koncepcji paradoksalnej zmiany przeczytasz tu).

 

Z akceptacji siebie płynie większa życzliwość dla innych 

Czy nam się to podoba, czy nie, człowiek jest istotą społeczną i potrzebuje interakcji i relacji z innymi. Im jesteśmy bardziej krytyczni wobec najbliższych, (a nawet – wrodzy), tym trudniej z nami żyć. Jeśli twoje dziecko chce nosić skarpetki nie do pary, partner używa kubka po kilka razy nie myjąc go, a siostra preferuje rosół z ryżem, to „pozwól” na to. Co ci szkodzi? Daj innym przestrzeń, a wtedy będzie wam razem milej i docenicie się wzajemnie. Oczywiście, jeśli to, co robi druga osoba narusza twoje granice lub komfort, to reaguj.

 

Czy w psychoterapii zmieniamy swoją osobowość?

I tak i nie. Jeśli przyjąć, że na osobowość składają się sposoby funkcjonowania w relacjach i ze sobą samym, kluczowe lęki, przekonania i pragnienia ułożone w pewną strukturę, to częściowo w toku terapii możemy zmienić niektóre elementy, ale nie wszystkie. Na przykład lęk przed porzuceniem nie będzie nas już zalewał, paraliżował czy dyktował ucieczki z relacji, ale nadal będzie czasem się pojawiał. Może już nie będziesz robiła wszystkiego na 110%, ale nadal wykonanie na 70% będzie ci doskwierać. Chcę przez to powiedzieć, że tematy, na których koncentruje się każdy z nas są konstytutywne dla tego, jaką jest osobą i one nawet po wielu terapiach mogą z nami pozostać. Ważne jest, by zastąpić destruktywne (dla siebie lub innych), dysfunkcyjne sposoby reagowania lub działania zdrowszymi, bardziej efektywnymi itp.

 

* W różnych źródłach spotkałam się z różnymi interpretacjami i tłumaczeniami tego punktu. Pierwsza z nich mówi: „Bądź sobą i pozwól być sobą innym”, a druga: „Poddaj się temu, jaki jesteś. Nie udawaj kogoś innego”.

 

PS. Dwie dedykacje muzyczne dla wszystkich, którzy dążą do bycia sobą: https://www.youtube.com/watch?v=CidC5ZlWgVQ oraz https://www.youtube.com/watch?v=1qeMxFRD100

 

Doświadczaj siebie i akceptuj siebie takiego, jakim jesteś *

W 1970 roku Arnold Beisser sformułował paradoksalną teorię zmiany. Głosi ona, iż zmieniamy się dopiero wtedy, gdy staniemy się sobą.

Zaprzeczanie sobie
Często w gabinecie słyszę: chciałbym to przełamać w sobie; nie chcę tego czuć itp. Na takie zdania reaguję emocjonalną reakcją alergiczną, ponieważ są zaprzeczeniem sobie. Każdy z nas był dzieckiem i niektórzy pamiętają, jak reagowali, gdy ktoś do czegoś ich zmuszał: jedzenia nielubianej potrawy, odrabiania lekcji, pozostania w domu albo zabronienia „mazania się“, czyli płaczu. Jakie to było? Jakie reakcje emocjonalne i fizyczne to wywoływało? Napięcie, stres, podległość wynikającą ze strachu (bądź szacunku, choć w to powątpiewam), pod którą gotowała się wściekłość, poczucie skrzywdzenia, niezrozumienia. W takich momentach można nie znosić własnych rodziców czy opiekunów. A jednak taki stosunek do samego siebie często zostaje uwewnętrzniony i ilekroć nie jesteśmy prawidłowi, wystarczająco dobrzy lub doświadczamy dyskomfortu, mówimy do siebie: nie czuj tego; zmień się do jasnej pogody; nie potrzebuj tego; nie rób tamtego; boże, jaki jesteś beznadziejny! W takich warunkach nie możemy dokonać zmiany, ewoluować, rozwinąć się. Może przyniesie to jakiś skutek, ale będzie on osiągany drogą przemocy wobec samego siebie. Często też takie pełne dezaprobaty podejście do siebie powoduje, że nie możemy nawet siebie poznać, przestaje nas obchodzić, jacy jesteśmy; liczy się tylko to, że nie-tacy. Czy zatem gestaltyści uważają, że nie mamy po co się zmieniać?

Samoświadomość
W terapii gestalt pierwszoplanowe miejsce przypada temu, co jest, czyli (samo)świadomości. Ona z kolei wymaga odwagi i nieco wsparcia z zewnątrz. Doświadczanie siebie w całej pełni jest pierwszym krokiem do zmiany. Sądzę, że jeśli ktoś myśli od dawna o terapii, a się na nią nie decyduje, to jest główny powód odwlekania: musiałby się skonfrontować ze wszystkim, co może mu się w sobie nie podobać (np. że wcale nie lubi pracować i jest nieodpowiedzialny, że kłamie, by inni go lubili, że zachowuje się jak swoja matka, choć zawsze powtarzała sobie, że nigdy taka będę).

Czasami też boimy się zobaczyć swoje dobre strony, bo przeszkadza nam w tym skrypt „jestem nie-ok“. Doświadczanie siebie w pełni, to zobaczenie swoich wad i zalet, czucie swojego ciała (np. co do mnie mówi mój dwudniowy ból głowy?), swoich emocji, śledzenie swojego toku myślowego, zastanawianie się nad znaczeniem snów, relacji z innymi itd. Umówmy się – to jest ciężka praca, choć pozornie hasło „doświadczaj siebie“ jest sielankowo-hedonistyczne.

Akceptacja siebie
Akceptowanie siebie takim, jakim się jest nie oznacza ślepego ubóstwiania wszystkich swoich blasków i cieni, lecz – nieoceniający stosunek do siebie. Z takim nastawieniem bowiem łatwiej jest zobaczyć, co mogę z tym zrobić? Jak mogę to zmienić? Słowem, wziąć odpowiedzialność. Gdy jesteśmy skupieni na ocenie, raczej sobie zaprzeczamy, wstydzimy się lub przeżywamy poczucie winy i to pochłania całą naszą energię. Życzliwe, kochające spojrzenie na siebie jest dostępne tym, którzy kiedyś zaznali go z zewnątrz – jako niemowlęta, gdy mama słodko do nich mówiła, nawet jak nie byli urodziwi, jako dzieci, gdy kochający dziadek bawił się z nimi, jako nastolatki, gdy ktoś ich pokochał. Rzadko jednak doświadczamy wystarczającej liczby wzmocnień dla takiego podejścia do siebie, by było uwewnętrznione. Wtedy ważne, by doświadczyć nieoceniającej, bezwarunkowej akceptacji, choćby od psychoterapeuty. Każdy z nas bowiem potrzebuje być przyjętym takim, jakim jest, a nie tylko pod warunkiem bycia dobrym, odpowiednim, idealnym.

Granice tolerancji
Czy zatem wszystko nam wolno? Zawsze jesteśmy OK, niezależnie od tego, jak postępujemy? Oczywiście odpowiedź jest przecząca. Z fotela terapeuty obchodzą mnie tylko trzy rzeczy w kwestii moralności: 1. Czy osoba, naprzeciwko której siedzę krzywdzi siebie? 2. Czy ta osoba krzywdzi innych? 3. Czy doświadcza krzywdy od kogoś innego? Są to – wcale nie takie obiektywne – kryteria oceny, co wymaga zmiany, która przyczyni się do polepszenia życia.

cały dekalog Gestalt

* W różnych źródłach spotkałam się z różnymi interpretacjami i itłumaczeniami tego punktu. Pierwsza z nich mówi: „Przestań sobie wyobrażać – doświadczaj tego, co rzeczywiste.“, a druga: „Akceptuj siebie takim, jakim jesteś“. Tytuł tego wpisu jest moją interpretacją, płynącą z połączenia tych dwóch wersji.

[Natalia Żuk]