Psychoterapia Gestalt

Terapia Gestalt wpisuje się nurt psychoterapii humanistyczno-egzystencjalnych, w którym szczególną rolę odgrywają samorealizacja i kreatywne możliwości jednostki.
Z filozoficznego punktu widzenia u podłoża terapii Gestalt leży obraz człowieka, który bierze życie we własne ręce zgodnie z zasadą odpowiedzialności za siebie i samoregulacji, Relacja terapeutyczna odbywa się Tu i Teraz w formie spotkania Ja-Ty. W terapii Gestalt dąży się do tego, by klient uświadomił sobie sposób, w jaki zniekształca lub zrywa kontakt ze sobą lub z otoczeniem. Wraz ze wzrostem świadomości na ten temat odzyskuje on zdolność kształtowania i przeżywania kontaktów w sposób wybiórczy, kreatywny i integrujący.
Humanistyczna orientacja terapii Gestalt ma niezwykle istotne konsekwencje dla postawy terapeutycznej: osoba poszukująca pomocy nie jest „chorym”, zaś osoba pomagająca nie przyjmuje roli „lekarza”. Dla klienta oznacza to wyzwanie: ufa się mu, że przy wsparciu osoby terapeuty zdoła uporać się ze swymi problemami, dzięki czemu osiągnie dojrzałość. Owa samodzielność klienta wypływa ze wspomnianego kluczowego założenia terapii Gestalt o samoregulacji organizmu, co oznacza, że w idealnym przypadku organizm sam zdolny jest do sterowania własnymi zachowaniami, jak również do stworzenia takiego otoczenia, w którym może się samorealizować. W każdej chwili w organizmie pojawia się jakaś figura (Figur), np. potrzeba, która dąży do zamknięcia, podczas gdy inne przechodzą w tło (Hintergrund). Jednostka, podejmując skuteczny kontakt z otoczeniem, zaspokaja tę potrzebę. Wtedy postać (Gestalt) dopełnia się i ponownie powraca do tła, czyniąc tym samym miejsce dla nowej figury. Proces nieustannego powstawania i niszczenia postaci stanowi jądro samoregulacji organizmu.
Terapia Gestalt oferuje coś, co uznawane jest za krok naprzód w stosunku do psychoanalizy, czyli koncentrację na działaniu, na kontakcie. Oznacza to stosowanie aktywnych metod pracy, takich jak eksperyment, będący testowaniem nowych zachowań i sposobów przeżywania w bezpiecznych warunkach. Terapia Gestalt jest zmianą, a nie tylko poznaniem i spostrzeganiem. W tym sensie poszerzanie świadomości nie stanowi celu samego w sobie. Służy raczej kontaktowi ze sobą i otoczeniem. Uświadomienie sobie swoich myśli, emocji i doznań płynących z ciała jest wprawdzie koniecznym, ale wcale nie wystarczającym warunkiem terapii Gestalt. Jej istotą w dłuższej perspektywie jest sensowne zrozumienie i pokierowanie własnym życiem.

Zachowaj gotowość do eksperymentowania i otwartość na nowe doświadczenia. Dzięki temu możesz doświadczyć zmiany i rozwoju*

Odkąd zobaczyłam zdjęcie, przedstawiające pytanie: kiedy ostatnio zrobiłeś coś po raz pierwszy?, często o tym myślę. Po co nam doświadczanie nowości? Jak to się ma do wychodzenia ze strefy komfortu?

 

Czym jest eksperyment?

Kiedy proponuję klientom eksperyment np. polegający na ekspresyjnym ruchu ramionami w celu rozładowania napięcia, czasem słyszę, że to nie pomoże, bo już próbowałem. W jakimś sensie wszystko jest po raz pierwszy, bo rok temu nie byliśmy dokładnie tym, kim jesteśmy dzisiaj, bo nie próbowałeś tego w tej relacji i nie wiesz, jakie emocje wywoła to działanie dziś ze mną. Zatrzymanie się na tym, że skoro zraniło mnie trzech facetów, to oznacza, że czwarty zrobi to samo jest robieniem sobie krzywdy, bo odmawia się sobie szansy na zmianę. Na domiar złego taki sposób myślenia i postepowania działa jak samospełniające się proroctwo. Zatem miejsce na eksperyment jest wszędzie tam, gdzie reguły, przeszłe doświadczenia i wszelkie inne usztywnienia nie grają pierwszych skrzypiec. Wtedy budzi się w nas ciekawość i otwartość, a życie staje się interesujące. Między innymi dlatego bardzo lubię swoją pracę – nigdy nie wiem, co się wydarzy.

 

Pierwszyzna, czyli po co nam nowe doświadczenia

Przypomnijcie sobie sytuację, kiedy robicie coś po raz pierwszy. Jakie towarzyszą temu emocje? Jeśli było to w miarę bezpieczne, to pewnie czuliście ekscytację, czyli wysokie pobudzenie fizjologiczno-emocjonalne, połączone z zaciekawieniem, może radością lub podnieceniem. Jeśli nie czuliście się bezpiecznie, to zapewne w przeżywaniu nowości doświadczyliście lęku lub strachu. Najczęściej zaś występuje mieszanka wszystkich wyżej wymienionych. Już samo to pokazuje, że doświadczanie czegoś nowego kieruje naszą świadomość (awareness) do naszych zmysłów i emocji, które na co dzień coraz częściej odwrażliwiamy, (co jest na dłuższą metę niebezpieczne). Zatem dzięki „pierwszyźnie” czujemy z całą możliwą intensywnością, co otwiera nas na innych, na swoje ciało, a nierzadko i na kwestie duchowe.

 

Co więcej, branie udziału w nowych doświadczeniach jest źródłem wiedzy o sobie i innych, nie mówiąc już o wiedzy o świecie. Kiedy po raz pierwszy występujemy publicznie, próbujemy nowego rodzaju seksu, kiedy spotykamy nowych ludzi, często rewidujemy swoje przekonania na własny temat. Ja na przykład przekonałam się, że jednak przeżywam lęk podczas startu samolotu, co przywiodło mnie do dalszych wniosków na temat tego, kim jestem i co się zmieniło w moim życiu, skoro 10 lat temu się nie bałam. Nowe doświadczenia stanowią także niewyczerpane źródło obserwacji innych ludzi, zwłaszcza tych najbliższych. Możemy zobaczyć, w jakich sytuacjach nasza partnerka panikuje, a w jakich zachowuje spokój, jakie nasze zachowania są przez innych przeżywane z radością, a jakie z zazdrością, złością lub niepokojem. A dalej, jeśli o tym porozmawiamy, staje się to budulcem więzi lub inspiracją do zrewidowania katalogu wartości. Uważam, że jest to szczególnie ważne w związkach miłosnych, zwłaszcza, jeśli razem mieszkamy, ponieważ wtedy rutyna zabija w nas ciekawość, a dostarcza zadufanego przekonania, że już wszystko wiemy o drugiej osobie. Wkrótce potem okazuje się, że cały świat jest ciekawszy niż druga „połówka”.

 

Wychodzenie ze strefy komfortu

Z jednej strony zazdroszczę ludziom, którzy niezależnie od wieku decydują się na podjęcie nowych wyzwań lub zrobienie czegoś pierwszy raz. Z drugiej – doceniam rolę rytuałów i pewnej powtarzalności, które dają poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Z trzeciej – jestem gestaltystką, więc często pytam po co?. Z czwartej strony moje wykształcenie i refleksja socjologiczna dają mi nawyk krytycznego podejścia do społeczno-kulturowych trendów. Co z tego wynika? Zaciekawienie zawrotną karierą hasła „wyjdź ze strefy komfortu”. Zanim skądś wyjdziemy uważam, że powinniśmy wiedzieć mniej więcej dokąd się udajemy oraz z jakiego powodu opuszczamy miejsce, w którym jesteśmy.

Żyjemy w czasach, w których coraz bardziej symptomatyczne jest działanie bez kontaktu ze sobą i świadomości swoich potrzeb. Owocuje to podejściem, w którym nie reflektujemy, po co coś robimy, a od razu kombinujemy, jak coś zrobić/osiągnąć. Czyni to z nas osoby, kierujące się introjektami, czyli takimi nakazami/zakazami, sposobami widzenia świata, które „połknęliśmy” w całości bez „przeżuwania ich”, nadawania swojego znaczenia i które z jednej strony nas krępują, a z drugiej – zwalniają z myślenia. Przypomina to sytuację, w której (metaforycznie ujmując) ktoś mówi: skacz i wskakujemy do wody bez zadania sobie podstawowych pytań: po co miałbym skakać? Jest mi źle na brzegu? Jakie swoje potrzeby zaspokoję? Jakie cele zrealizuję wskakując do tej wody? Myślę, że indywidualnie i globalnie prowadzi to do opłakanych skutków.

Chcę powiedzieć, że jakkolwiek „wychodzenie ze strefy komfortu” jest wezwaniem zbieżnym z gestaltowskim „przykazaniem”, by eksperymentować i być otwartym na nowość, tak powinniśmy wiedzieć, czemu to ma służyć. Skoro siedzę sobie w kapciach przed telewizorem, jest mi dobrze, przytulnie, a obok drzemie ukochany pies, to wyrzucanie sobie, że oto zostałam w swojej strefie komfortu zamiast śmigać po festiwalach filmowych i kursach chińskiego, jest zwykłym bezsensem. Chyba, że dojdziemy do wniosku, że pozostajemy w swojej strefie komfortu dlatego, że boimy się ją przekroczyć, a przez to tracimy coś wartościowego (np. boimy się odrzucenia, więc nie wychodzimy do kontaktu z ludźmi, a potem cierpimy samotność).

 

Czym jest otwartość?

Na koniec o tym, jaką postawę życiową trzeba przyjąć, by nowe doświadczenia sprzyjały dobremu rozwojowi. Otóż trzeba być otwartym, co oznacza niebycie sztywnym perfekcjonistą, nieukrywanie się za maską (spokoju, doskonałości itp.), bycie rozluźnionym i zaciekawionym; nieprzyjmowanie postawy dyskryminującej i obronnej, ale branie pod uwagę nawet przykrych informacji zwrotnych, (a do tego – trzeba być odważnym). Trzeba być elastyczną i dopuszczać nowe rozwiązania, zwłaszcza gdy te, które założyłyśmy nie mogą być zrealizowane; trzeba umieć wątpić i choć trochę siebie lubić. Z takim wyposażeniem można czuć się na tyle bezpiecznie, że nie trzeba ryglować drzwi na szesnaście spustów. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Mnie udaje się to po odmieniających doświadczeniach, np. warsztatach, szczególnie ważnej sesji terapeutycznej, głębokim kontakcie z drugą osobą, podczas spotkania towarzyskiego, na wakacjach, po obejrzeniu poruszającego filmu. A ty? Byłeś kiedyś w takim stanie? Przypomnij sobie.

  

 * W różnych źródłach spotkałam się z różnymi interpretacjami i tłumaczeniami tego punktu. Pierwsza z nich mówi: „Zachowaj gotowość do eksperymentowania, by napotkać nowe sytuacje.“, a druga: „Otwórz się na zmianę i rozwój“. Powyższy tytuł tego wpisu jest moją interpretacją, płynącą z połączenia tych dwóch wersji.

[Natalia Żuk]

 

Weź pełną odpowiedzialność za swoje* czyny, uczucia i myśli

Mam nadzieję, że tekst ten nie będzie zbyt moralizatorski; chociaż nie chciałam za wszelką cenę unikać jego etycznego wydźwięku, ponieważ mówiąc o odpowiedzialności po trosze do niej wzywam.

Na wielu stronach poświęconych terapii Gestalt znajdziecie cytat z egzystencjalisty, J.P. Sartre’a:

Nie to jest ważne, co ze mną zrobiono, lecz to, co ja sam zrobiłem z tym, co ze mną zrobiono.

Co to oznacza?

Jeśli to, co z tobą zrobiono to coś dobrego i budującego, np. rodzice w sensowny sposób odzwierciedlali to, jakim byłeś fajnym chłopcem, to jako dorosła osoba jesteś odpowiedzialny za to, jak wykorzystasz swoje zasoby, talenty. Do ciebie należy decyzja, czy swoją siłę wykorzystasz do pomagania społeczeństwu, do zapewnienia wiktu sobie i rodzinie, do zrobienia świetnego interesu, czy do okradzenia kogoś lub pobicia go.

Jeśli to, co z tobą zrobiono, można ująć w kategoriach krzywdy lub przemocy, masz wybór: pielęgnować bycie ofiarą, sublimować cierpienie (np. przez tworzenie sztuki), przygotowywać się do zemsty, wybaczyć sprawcy i żyć dalej lub wyprzeć uraz ze świadomości. Oczywiście większość z tych „wyborów” pozostaje poza naszą wolą dopóki nie wydarzy się  coś przełomowego i uświadamiającego nam, jakiego wyboru dokonaliśmy (nawet na przedświadomym poziomie, jako dzieci).

Wiele osób pyta mnie, po co mi właściwie świadomość, że skoro tata nie cieszył się, że jestem dziewczynką, to nie umiem znaleźć teraz mężczyzny, który by mnie kochał? Właśnie po to, byś mogła wziąć odpowiedzialność za to, co robisz ze swoim bieżącym doświadczeniem: nadal potwierdzać przekaz taty, że się nie nadajesz do kochania, czy się skonfrontować z tym, co robisz, gdy spotykasz (całkiem dorzecznego) mężczyznę. Niektórzy twierdzą nawet, że sama świadomość wystarcza do zmiany i jest ostatecznym celem terapii. Ja bym jednak do tego dodała, że ważny jest też krok dalszy: skoro wiem, jaką mam tendencję, to szybciej rozpoznaję, kiedy działam automatycznie i mogę zdecydować w danej sytuacji, że zachowam się inaczej.

Odpowiadasz za to przed instancją, jaką sobie wybierzesz: przodkami (czyż nie dlatego dochowujemy tradycji?), partnerem, dziećmi (ilu rodziców postanawia rozpocząć terapię, by być lepszym wzorcem dla swoich pociech?), sądem, Bogiem, samym sobą.


Sposoby wyrzekania się odpowiedzialności

Odpowiedzialność zawsze istnieje – można ją tylko różnie przypisywać: sobie, innym, „sytuacji” (nigdy nie wiem, co to znaczy), losowi lub światu.

  • Procedury językowe w terapii Gestalt – specyficzny sposób użycia języka

Do najbardziej rozpowszechnionych należą takie zwroty jak: nie mogę i muszę. Dzięki nim unikamy pójścia na niezbyt nęcące spotkanie, tłumacząc, że nie mamy wyboru. Jakkolwiek społecznie przydatne, uniemożliwiają kontakt z drugim człowiekiem i ze sobą, a nadużywane dają nam poczucie, że nic od nas nie zależy. Swoją drogą, osoby, które szczególnie często myślą/mówią, że coś muszą, mają za sobą dzieciństwo wypełnione obowiązkami i przymusami, których niedopilnowanie okupione było lękiem przed jakąś katastrofą (gniewem rodzica, karą, poniżeniem).

Innym zabiegiem językowym jest niewskazywanie konkretnego podmiotu odpowiedzialnego za działanie, gdy mówimy np.: stało się; udało (mi) się; człowiek lubi dobrze zjeść; na wesele zaprasza się chrzestnych. Odwołujemy się wówczas do pewnego utartej społecznie „prawdy”, zwyczaju lub mody, które niejako ograniczają do minimum opcje naszego zachowania. Podobnie jest z używaniem słów: trzeba i (nieco „lżejszych”) należy, powinno się.

  • Konfluencja – psychiczne „zlanie się” z drugą osobą

Patrząc na konfluencję pod kątem dystrybucji odpowiedzialności, oddajemy ją drugiej osobie, jednocześnie unikając zidentyfikowania swoich chęci, potrzeb, preferencji. Taki dialog:

Kochanie, co chcesz zjeść na obiad?
– A ty?
– Nie wiem, mógłbym zrobić spaghetti albo zamówić pizzę.
– Jak wolisz.

Mówiąc żargonem, za tym mechnizmem stoi lęk przed wyodrębnieniem się i przed wyłonieniem swojej figury. O ile konfluencja pomaga nam zachwycać się osobą, w której się zakochaliśmy, a jako niemowlętom umożliwiała przetrwanie, o tyle w dorosłym życiu jest po pierwsze denerwująca dla osób z otoczenia, a po drugie – jak wejdzie w krew – powoduje, że któregoś dnia załamujemy się, bo już nie wiemy, ani kim jesteśmy, ani czego chcemy w życiu. Warto pamiętać, że w relacjach miłosnych to właśnie różnica między Ja a Ty nas pociąga i podnieca, a nie to, że druga osoba jest taka jak my lub uległa i… bezpłciowa.

  • Projekcja – przypisywanie innym tego, co jest nasze

Niejednokrotnie łatwiej nam widzieć w innych to, czego sami w sobie nie lubimy. Przykłady? „Widzimy” w interlokutorze, że ten złości się na nas, podczas, gdy to my się wkurzyliśmy na jego ostatnie słowa. Innym przykładem byłaby sytuacja, w której obawiamy się, że komuś bardzo się podobamy, a ten ktoś nam nie, więc zaczynamy go unikać, podczas gdy to nas ta osoba pociąga i obawiamy się tego, że pociąg do niej jest w jakiś sposób niewłaściwy – zagraża naszemu związkowi lub jest niezgodny z naszą (deklarowaną) orientacją seksualną.

Często projektujemy na innych także w bardziej subtelny sposób, a mianowicie, używając czasowników w drugiej osobie liczby pojedynczej zamiast – w pierwszej. Mówimy: facebook mnie rozprasza; wkurzasz mnie; ten film mnie nudzi; to, co robisz mnie rani. W ten sposób winę za nasz nieprzyjemny stan emocjonalny przypisujemy innym, sami pozostając nieskazitelnymi. Prawda jest zaś taka, że pomiędzy tym, co ktoś/coś robi (wobec nas) są jeszcze: nasza wybiórcza percepcja, interpretacja, interesy i różnorodne emocje.

  • Profleksja – robienie innym tego, co chcielibyśmy, by uczyniono nam

Najczęściej dotyczy to sytuacji społecznie uznanych za czynienie dobra, ale dla „obdarowywanego” jest to nad wyraz męczące lub irytujące. Scena przy rodzinnym obiedzie: babcia nakłada wszystkim dodatkowe porcje jedzenia, podczas gdy sama już jadłam jak gotowałam. Oczywiście, to bardzo szlachetnie i naturalnie, że nasi opiekunowie o nas dbają. Obserwując jednak takie sytuacje, mam wrażenie, że owi opiekunowie stosują „przemoc w białych rękawiczkach”, ponieważ nie widzą swoich pociech i nie zadają kluczowego pytania: czego chcesz? Czego potrzebujesz? (Ta uwaga dotyczy także wszystkich wykonujących zawód pomocowy, którzy pozwalają, by ich tendencje ratownicze grały pierwsze skrzypce w kontakcie z klientami). Profleksję wzmaga też przykazanie: kochaj bliźniego swego jak siebie samego, gdy pomijamy umiłowanie samych siebie i stajemy się matką-Polką.

Ludzie, którzy stosują profleksję są bliscy łez, gdy mają przyjąć od kogoś podarunek, ponieważ nigdy nie miei okazji dostać tego, czego potrzebowali lub o czym marzyli; ich rodzice pokazywali im, że ich potrzeby nie są ważne. Znakomicie jednak wyczuwają najlżejsze sygnały, że ktoś może czegoś chcieć od nich (niestety też często dokonują nadinterpretacji) i biegną z pomocą. Tymczasem, głęboko pod spodem, jest ich niezaspokojenie i wyparte pragnienie doznania opieki i dobroci.

  • Bierna agresja, czyli foch

Dobrze ilustruje ją dowcip rysunkowy Andrzeja Mleczki, w którym kobieta zwraca się do mężczyzny: Pewnie myślisz, że przez ostatnie dwie godziny milczałam tak sobie… Nie, mój drogi! Ja milczałam znacząco (http://sklep.mleczko.pl/environment/cache/images/0_0_productGfx_208eab414a8f60488204fbe453ef5a0b.jpg). Sednem sprawy w biernej agresji jest przeżywanie złości, frustracji itp. i powstrzymanie się od ich wyrażania wprost przy jednoczesnym wycofaniu się ze spontanicznego kontaktu z osobą, na którą jesteśmy źli. Co ma do tego odpowiedzialność? Unikamy w ten sposób konfrontacji z drugą osobą i ze swoimi emocjami. Ten, kto kiedykolwiek taką grę uprawiał, wie dobrze, że wówczas atmosfera gęstnieje tak bardzo, że druga osoba w końcu wyczuwa, że coś jest nie tak i wtedy można liczyć na to, że to ona rozpocznie działania zmierzające do wyjaśnienia sytuacji.

 

Sposoby brania odpowiedzialności

Jak w takim razie wziąć odpowiedzialność za swoje życie?

  • Wychowanie do odpowiedzialności

Obrazek podczas ubierania (się) kilkulatki:

Chcesz założyć żółtą sukienkę czy niebieską?
– Nie wiem!
– Nie wybiorę za ciebie.
– Ja nie wiem!
– Poczekam aż się zdecydujesz. Dopiero potem wyjdziemy.
– Sam wybierz!
– Nie, to twoje ubranko.

Ta dramatyczna i okupiona napięciem historyjka pokazuje, jak możemy wychowywać dziecko, by pokazać mu, że jest bytem wolnym, a wolność zawsze idzie w parze w odpowiedzialnością (tak, niestety). Gdyby rodzic zdecydował za dziecko, mogłoby się czuć stłamszone, (bo było bierne) lub niezadowolone, (bo rodzic pominął jego preferencje). Uczyłoby się, że sytuacja życiowa jest niejako dana z góry i trzeba się do niej albo dostosować (tu rozwija się konfluencja), buntować (w mniej lub bardziej otwarty sposób) lub być jej ofiarą (wyuczona bezradność i postrzeganie świata w kategoriach kat-ofiara). Podobnie rzecz ma się w procesie psychoterapii, gdy klient stara się zachować tak, by to terapeuta zdecydował, co ma klient zrobić. Jeśli terapeuta odpowie pozytywnie na to wezwanie, wpadną w pułapkę – może dojść albo do dewaluacji terapeuty (No tak, nic, co robisz mi nie pomaga/krzywdzi mnie) i wejścia w rolę ofiary albo do idealizacji terapeuty (Na pewno masz dla mnie wspaniały pomysł!) i poczucia braku kontroli nad swoimi wyborami (To nie ja się zmieniłam, tylko ty mnie uzdrowiłaś).

  • Zmiana języka

Ludwig Wittgenstein był zdania, że granice mojego języka są granicami mojego świata. Zdecydowanie się z nim zgadzam – język, słowa, których używamy mają wpływ na to, jak kształtujemy relację ze sobą i ze światem, a także są ich odzwierciedleniem. Dla tych, którzy chcą poczuć się wolnymi, mam poradę: włączcie do swojego codziennego słownika:

wybieram, np.: obiecałam sobie codziennie ćwiczyć i jednocześnie wybieram, że w tym czasie napiszę artykuł (;)) zamiast: powinnam teraz poćwiczyć;

decyduję się, np.: podobają mi się inne kobiety i chętnie nawiązałbym romans, ale decyduję się dochować wierności, zamiast: nie mogę być niewierny lub poświęcę się dla związku;

robię (chodzi mi o „bezpośrednie” czasowniki, które pozwalają unikać operatorów możliwości i tłumaczenia się), np. nie spotkam się z tobą w poniedziałek zamiast: nie mogę spotkać się z tobą, bo…;

chcę/nie chcę zamiast: wolałabym, chciałabym;

proszę cię o… zamiast byłoby dobrze, przydałoby się, np. posprzątaj po sobie, proszę zamiast: byłoby dobrze tu sprzątnąć;

nie zgadzam się.

  • Zmiana zachowania

W internecie krąży tekst, który prosto opisuje, na czym polega branie odpowiedzialności za swoje emocje i potrzeby, której uczymy w Gestalcie. Obok cytowanego tekstu wstawiłam odpowiedzi, jakie słyszę od klientów i które powodują ich cierpienie. A powodują one co u ciebie?

Tęsknisz za kimś? Zadzwoń.

[Niech on zadzwoni! Jak może mnie tak ignorować?]

Chcesz się spotkać? Zaproś. 

[O, co to, to nie! Ile razy już zapraszałam?!]

Pragniesz zrozumienia? Wyjaśnij.

[Powinien się domyśleć!]

Masz pytanie? Zapytaj.

[Eee, moje pytanie jest głupie./Co on sobie o mnie pomyśli?]

Nie lubisz czegoś? Przyznaj to.

[Nie mógłbym – byłoby jej przykro.]

Lubisz coś? Nie kryj się z tym.

[Nie, to mało ważne.]

Chcesz czegoś? Poproś.

[Nie mogłabym okazać takiej słabości!]

Kochasz kogoś? Okaż to.

[Wstydzę się./Boję się jej reakcji.]


Po co właściwie brać na siebie ciężar odpowiedzialności?

– aby zyskać poczucie wpływu na swoje życie;

– aby mieć kontakt ze sobą, a przez to zyskać poczucie siły wewnętrznej;

– aby nawiązać kontakt z innymi, a przez to – autentyczne i życiodajne relacje międzyludzkie;

– aby zyskać poczucie wolności, (bo wolność jako taką, to już mamy).

* Swoje to ważne słowo w tym „przykazaniu”, zwłaszcza w kontekście nadodopowiedzialności, czyli tendencji czy zachowania, w których podmiot czuje się odpowiedzialny również za to, co nie należy do niego. Osoby nadodpowiedzialne nie tylko dają się wykorzystywać i tego nie dostrzegają, ale też mają słabe wyczucie granic innych ludzi, co może powodować liczne konflikty interpersonalne. Ale może o nadodpowiedzialności – innym razem.

[Natalia Żuk]

Poddaj się przeżywaniu nieprzyjemności i bólu, tak jak poddajesz się przeżywaniu przyjemności. Nie ograniczaj swojej świadomości.

Na pytanie, jak się miewa, mój dziadek zwykł mawiać, że boli go tu i ówdzie, a starość doskwiera i to znaczy, że jeszcze żyję.

Im jesteśmy młodsi, tym trudniej przychodzi nam pokorne i mądre znoszenie cierpienia. Nie pomaga nam w tym również zdominowany przez hedonizm świat, w którym żyjemy.

W terapii Gestalt kierowanie się przesłaniem, by przeżywać nieprzyjemne odczucia (takie jak ból, wściekłość, rozpacz, smutek) nie ma wiele wspólnego z chrześcijańskim przekonaniem, że cierpienie uszlachetnia. Gestaltowskie przesłanie wychodzi raczej z założenia, że każda pojawiająca się emocja ma swoją funkcję, a jej zignorowanie powoduje zaburzenie równowagi organizmu.

Psychoterapia jako przebudowa

Kaziemierz Dąbrowski, polski psychiatra i psycholog, był autorem teorii dezintegracji pozytywnej. Myślał on o procesie zmiany rozwojowej, która jest immanentna dla człowieka, to znaczy przydarza się każdej osobie i jest koniecznym etapem w urzeczywistnianiu swojego potencjału. Moment dezintegracji najczęściej nie jest zbyt przyjemny, a często jest okupiony napięciem i lękiem, zmęczeniem i bólem, zwątpieniem i załamaniem (przypomnijmy sobie chociażby trudy czasu dojrzewania: wahania nastrojów, bolące ciało, niepokój). Pracę nad sobą można porównać do remontu domu – bardziej lub mniej gruntownego, z burzeniem ścian lub bez. Żeby mogło być lepiej, najpierw musi być nieco gorzej. W terapii przebudowujemy niefunkcjonalne sposoby działania i doświadczania na te bardziej funkcjonalne. Dotykamy uczuć dawno już zastygłych, które wysiłkiem woli (często jeszcze dziecięcej) zepchnęliśmy głęboko pod skórę. I po kilkunastu-kilkudziesięciu spotkaniach z psychoterapeutą okazuje się, że wraz z pogłębieniem oddychania, odzyskaniem kontaktu ze sobą i drugim człowiekiem, mamy jakieś pragnienia, które mogą być niezaspokojone, (a to może boleć!) albo robi się nam smutno lub wściekamy się, kiedy zdajemy sobie sprawę, że nasi rodzice wcale nie dali nam tego, co powinni.

Pytanie, jakie często stawiam sama sobie i moim klientom brzmi: po co całe to cierpienie? Po co mam się tak męczyć? Nie lepiej nie czuć? Otóż nie. Często w nieprzeżywaniu tych emocji leży przyczyna naszych obecnych problemów i po ich wyrażeniu i zintegrowaniu z nami samymi, możemy z większą siłą i ulgą radzić sobie z bieżącymi sprawami. Jest też dodatkowa korzyść z takiego „przepracowywania” nieprzyjemnych historii, odczuć i aspektów siebie. Mianowicie, jeśli robimy to przy mądrej obecności uważnego i życzliwego nam słuchacza, zyskujemy poczucie, że nie oszaleliśmy, że nasze kłopoty mają swoje źródło i że ktoś nas rozumie. To z kolei może pomóc nam odzyskać wiarę w ludzi i budować dobre relacje z nimi.

Przyjemności, rozkosze, smakowanie życia

Claudio Naranjo, który ten gestaltowski „dekalog” spisał, zdaje się zakładał, że nikt nie ma problemu z miłymi doświadczeniami. Nie jest to prawda.

Wielu klientów zgłasza się do terapeutów Gestalt z trudnością w przeżywaniu emocji – nic ich nie cieszy, nie ekscytuje, a przez to również nie wiedzą, na co mają ochotę. Mało kto widzi problem w tym, że nie przeżywa złości, smutku i strachu, ale niestety często odwrażliwienie ma tendencje do uogólniania się (w stadium zaawansowanym mamy wówczas do czynienia z depresją). Oznacza to, że wskutek zablokowania przeżywania emocji nie tylko się nie złościmy, ale też nie doznajemy ekscytacji i radości.

Prawdę powiedziawszy, również te odczucia, które na pierwszy rzut oka (lub serca) powinny być przyjemne, budzą w nas lęk – ilu z nas ucieka przed zakochaniem i otworzeniem się na drugiego człowieka? Są też bardziej błahe okoliczności, na które po prostu nie dajemy sobie przestrzeni. Czy nie jest tak, że jemy cokolwiek, bez smakowania pożywienia? Czy patrzymy w gwiazdy? Czy odwzajemniamy uśmiech nieznajomej osoby? Przecież z tych „błahostek” składa się nasza codzienność, a codzienność składa się na większość życia.

Jedną z cudownych właściwości dzieci jest to, że mają większą niż dorośli zdolność zachwycania się światem i ciekawienia nim. W dużej mierze wrażliwość na sztukę zachowują jeszcze nastolatki, a potem dziwnym trafem wpadamy w wir obowiązków, nie dbając o dogadzanie sobie. Często spotykam się z tym, że na wakacjach klientom zanikają albo znacząco zmniejszają się objawy, z którymi zgłaszają się do terapii. Ciekawe, prawda?

A teraz poddaj się.

Chcę zwrócić uwagę na pierwsze słowo tego punktu „dekalogu” gestaltowskiego. Czy w naszej kulturze „poddanie się” w ogóle wchodzi w grę? Czy nie kojarzy się jednoznacznie z klęską, przegraną, które pokazują nam samym i światu, jak bardzo jesteśmy słabi i bezradni (więcej na ten temat m.in. w książce A. Lowena: „Depresja i ciało”)? Niektóre walki są tak nierówne, że nie warto ich podejmować (np. ściganie się z własnym ideałem albo próby zasłużenia na miłość). Inne walki toczymy ze sobą, by pozostać wiernymi naszym przekonaniom, takim jak: zaspokojenie moich potrzeb oznacza dla moich bliskich zranienie. Tymczasem każdy potrzebuje wytchnienia i odpoczynku (czyli poddania się uczuciu zmęczenia), miłości (która jest zaprzeczeniem kontroli i władzy, vide „Miłość, seks i serce” A. Lowena), bliskości (czyli poddania się czemuś wspólnemu) i tak dalej. Poddanie się bywa naprawdę przyjemne (weźmy chociażby erotyczną rozkosz) i błogie (np. gdy leżymy absolutnie rozluźnieni na ziemi oddając jej swój ciężar).

Odloty i blokady

Z łatwością można odgadnąć, że nieograniczanie swojej świadomości odnosi się do narkotyków, ale czy tej samej funkcji nie pełnią wszelkie inne używki, napoje energetyzujące czy namiętności? Pewnie tak. Nie jestem jednak przekonana, że jest to zasada bezwyjątkowa – wszystko jest kwestią równowagi i umiaru. Nawet bez zewnętrznych „wspomagaczy” umiemy sobie pogorszyć rozumienie siebie i świata, np. broniąc się przed zobaczeniem, że wiedziemy życie, które nie daje nam satysfakcji, (wtedy „dobrą” obroną przed uświadomieniem sobie swojej frustracji jest skoncentrowanie się na zadaniach i wyzwaniach). Ograniczamy też świadomość swojego ciała, jeśli nieustannie napinamy niektóre partie mięśni (np. mocno zaciskając szczęki nie pozwalamy złości lub płaczowi wydostać się na zewnątrz, a kiedy to stanie się nawykowym napięciem – nawet nie wiemy, że coś powstrzymujemy). Bycie świadomym to wcale nie taka prosta sprawa, ale zarazem może dać wiele wolności i pewności siebie.

Pół dobrego, pół złego

Mój znajomy psychoterapeuta w jednym swoim tekście napisał tak: naturą rzeczy jest ich przemijalność, więc w samym zjawisku przywiązania istnieje tragedia. Łącząc się, jesteśmy skazani na rozłąkę i cierpienie. Kontaktując się, jesteśmy skazani na koniec kontaktu. Filozofia buddyjska uczy o idei nieprzywiązywania się i według niej jest to droga do uniknięcia cierpienia. Gestalt, choć ma swoje źródła w filozofiach wschodu, nie idzie tą ścieżką, a skupia się na przeżywaniu. Życie przy odpowiednim wsparciu jest tym, co można pięknie przeżyć, ale nie trzeba.

[Natalia Żuk]

Przestań niepotrzebnie myśleć – zacznij postrzegać środowisko takim, jakie jest i z takim nawiązuj kontakt *

Umysł i myślenie są jednym z najważniejszych motorów rozwoju i ewolucji człowieka. Jednak, podobnie jak w przypadku lekarstw, w za dużym stężeniu są trujące. Zaciemniają nam obraz rzeczywistości, samych siebie, drugiego człowieka. Są ludzie, którzy – będąc niewiarygodnie inteligentnymi erudytami i specjalistami w swojej dziedzinie – na wszystko, co ich otacza patrzą przez pryzmat teorii. Są też tacy, którzy siebie samych widzą tylko przez pryzmat koncepcji na swój temat (często podarowanych od opiekunów), a także tacy, którzy tak widzą innych (np. skoro ktoś jest „lewakiem”/ „prawakiem”, to na pewno jest głupi). To, co myślimy nie jest rzeczywistością.

Fenomeny rzeczywistości
Podwaliną Gestaltu jest między innymi fenomenologia – orientacja filozoficzna, której postulatem jest postrzeganie i opis rzeczy takimi, jakie się jawią, po „wzięciu w nawias” założeń ich dotyczących w umyśle poznającego podmiotu. Wcale nie jest to proste, o czym przekonujemy się choćby podczas warsztatów psychologicznych. Korzystamy z prostego ćwiczenia, pomagającego odróżnić rzeczywistość od wyobrażeń. Pokazujemy grupie fotografię nieznanych im osób i najpierw prosimy o powiedzenie, co widać na zdjęciu. W odpowiedzi możemy usłyszeć przeróżne interpretacje, np.: to jest dziadek z wnuczkiem; rodzina na spacerze; świąteczna przechadzka. Po kilku chwilach okazuje się, że nie wiemy, co jest prawdą. To, co faktycznie widać na fotografii to po prostu dwóch ludzi na chodniku, jeden jest starszy wiekiem i wyższy, drugi młodszy i niższy; nie wiemy, jaka relacja ich łączy. Inne ćwiczenie polega na patrzeniu na drugą osobę i mówieniu, co się widzi – bardzo szybko wkradają się nam oceny i wnioskowania. Zamiast powiedzieć, że widzimy czyjeś błękitne oczy z zielonymi kreskami, mówimy, że ma piękne oczy, a to już jest ocena (miła, ale jednak ocena).

Kiedy otwieramy się na fenomeny, świat staje się niepomiernie bardziej interesujący i pociągający. Oczywiście gdybyśmy bez przerwy stosowali tę fenomenologiczną metodę, nie zdążylibyśmy dostatecznie szybko orientować się w rzeczywistości społeczno-kulturowej. Często jednakże warto…

posmakować rodzynkę
Blisko fenomenologii znajduje się nurt uważności (mindfullness), który jest kojarzony z metodami relaksacji, medytacji, a także – terapią. Sztandarowym ćwiczeniem uważności jest odkrywanie rodzynki we wszystkich jej właściwościach, dzięki czemu możemy z nią „obcować” dobrych kilka-kilkanaście minut: obejrzeć ją w świetle, poczuć jej skórkę palcami, zapach nozdrzami, dotknąć językiem, sprawdzić sprężystość, wiotkość, położyć na języku, nadgryźć, poczuć smak, konsystencję…. itd. Pytanie, po co. A jeśli zamiast rodzynki będziemy z taką uważnością postępować z bliskimi? Jeśli będziemy jeść w ten sposób? Wówczas będziemy rozpoczynać kontakt od sprawdzenia, jakie jest to coś lub ktoś, zamiast od oceny lub naszego nastawienia (np. lubię/ nie lubię). W psychologii taką umiejętność nazywa się „testowaniem rzeczywistości” i jest to umiejętność niedostępna osobom, które są w psychozie. Jej właściwością jest bowiem to, że wewnętrzne wyobrażenia i fenomeny przyćmiewają rzeczywistość obiektywną.

„Gdyby było inaczej…”
Innym obszarem zajmowania się tym, czego nie ma w środowisku jest narzekanie i obwinianie. Weźmy przykład kobiety, która codziennie wytyka swemu mężczyźnie błędy, a jednak się z nim nie rozstaje (oczywiście może jest z nim, bo boi się być sama). Możliwe, że są jakieś powody, dla których z nim jest – choćby najmniejsze: sposób, w jaki on się uśmiecha, to, że podobają mu się podobne filmy czy jako jedyny z dotychczasowych partnerów lubi jej matkę. Jak w każdej relacji, są też sprawy, które ją w nim drażnią i okłamywaniem siebie byłoby zupełne ich ignorowanie. Warto jednak przyjrzeć się temu, jak jest, zamiast być stale niezadowolonym z tego, że rzeczywistość odbiega od naszych postulatów i marzeń, (a zawsze pod pewnym względami odbiega). Jeśli tak robimy, nie nawiązujemy kontaktu ze środowiskiem takim jakie jest, ale z takim, jakie nie jest. Jeśli mamy w głowie założenie, że nasz przyjaciel powinien być dla nas zawsze dostępny, to kiedy dzwonimy do niego o drugiej w nocy, a on nie odbiera, czujemy się zranieni, bo nie jest non stop dostępny. Jeśli odrzucimy to wymaganie względem rzeczywistości, możemy dostrzec, że nasz przyjaciel jest dla nas dostępny codziennie w godzinach 8:00-22:00. Rzecz jasna, życie iluzjami ma też rewers – kiedy nie chcemy dostrzec, że coś naprawdę jest nie w porządku. Szczególnie bolesne jest to w rodzinach z problemem alkoholowym – wszyscy członkowie wiedzą/ domyślają się, że ich bliski jest uzależniony, ale uznanie tego faktu musiałoby spowodować w nich wszystkich zmianę zachowania. Łatwiej jest wtedy liczyć na cud.

…bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie.
Na koniec słowo o decyzjach. Często spotykam ludzi, którzy, mając problem starają się go rozstrzygnąć umysłem. Jest o świetna metoda, gdy idzie o inwestowanie kapitału, ale już w obszarze psychiki, czy relacji raczej się nie sprawdza. Czy spędzić święta z rodziną? Czy zaprosić ją na kawę? Czy przyjąć tę ofertę pracy? Czy powiedzieć mu prawdę o swoich uczuciach? – to tylko garść pytań, jakie ludzie stawiają sobie każdego dnia. Jeśli decyzję będziemy chcieli podjąć ważąc argumenty racjonalne, utoniemy w nich – nasz umysł jest nieskończony i wystarczająco bystra osoba dostrzeżenie mnóstwo „za” i równie dużo „przeciw”. Takie rozmyślania, niepołączone z potrzebami, pragnieniami i prawdą o nas samych, są czystymi hipotezami. Często powstrzymujemy się przed zrobieniem tego, czego potrzebujemy, bo wymyślamy scenariusze reakcji na nasze działania, czyli znowu nawiązując kontakt z naszymi wyobrażeniami, a nie rzeczywistością. Bardziej pomocne okazuje się skupienie na swoich fenomenach w kontakcie z daną sprawą, czyli sprawdzenie, co czuję w emocjach i w ciele, gdy wyobrażam sobie siebie przy stole z ciotką Krysią?, co czuję, gdy widzę tę dziewczynę?; czy, znając siebie, chcę pracować 50 godzin tygodniowo?; czy zależy mi na szczerości?

Środowisko, czyli wszystko, co nie jest nami samymi, będzie nas zaskakiwać, gdy otworzymy zmysły i serce na kontakt z nim.

cały dekalog Gestalt

*W różnych źródłach spotkałam się z różnymi interpretacjami i tłumaczeniami tego punktu. Pierwsza z nich mówi: „Przestań niepotrzebnie myśleć – zamiast tego patrz i smakuj”, a druga: „Postrzegaj swoje środowisko takim, jakie ono jest, a nie takim, jakim twoim zdaniem powinno być. Nawiązuj kontakt z tak postrzeganym środowiskiem“. Tytuł tego wpisu jest moją interpretacją, płynącą z połączenia tych dwóch wersji.

[Natalia Żuk]

Doświadczaj siebie i akceptuj siebie takiego, jakim jesteś *

W 1970 roku Arnold Beisser sformułował paradoksalną teorię zmiany. Głosi ona, iż zmieniamy się dopiero wtedy, gdy staniemy się sobą.

Zaprzeczanie sobie
Często w gabinecie słyszę: chciałbym to przełamać w sobie; nie chcę tego czuć itp. Na takie zdania reaguję emocjonalną reakcją alergiczną, ponieważ są zaprzeczeniem sobie. Każdy z nas był dzieckiem i niektórzy pamiętają, jak reagowali, gdy ktoś do czegoś ich zmuszał: jedzenia nielubianej potrawy, odrabiania lekcji, pozostania w domu albo zabronienia „mazania się“, czyli płaczu. Jakie to było? Jakie reakcje emocjonalne i fizyczne to wywoływało? Napięcie, stres, podległość wynikającą ze strachu (bądź szacunku, choć w to powątpiewam), pod którą gotowała się wściekłość, poczucie skrzywdzenia, niezrozumienia. W takich momentach można nie znosić własnych rodziców czy opiekunów. A jednak taki stosunek do samego siebie często zostaje uwewnętrzniony i ilekroć nie jesteśmy prawidłowi, wystarczająco dobrzy lub doświadczamy dyskomfortu, mówimy do siebie: nie czuj tego; zmień się do jasnej pogody; nie potrzebuj tego; nie rób tamtego; boże, jaki jesteś beznadziejny! W takich warunkach nie możemy dokonać zmiany, ewoluować, rozwinąć się. Może przyniesie to jakiś skutek, ale będzie on osiągany drogą przemocy wobec samego siebie. Często też takie pełne dezaprobaty podejście do siebie powoduje, że nie możemy nawet siebie poznać, przestaje nas obchodzić, jacy jesteśmy; liczy się tylko to, że nie-tacy. Czy zatem gestaltyści uważają, że nie mamy po co się zmieniać?

Samoświadomość
W terapii gestalt pierwszoplanowe miejsce przypada temu, co jest, czyli (samo)świadomości. Ona z kolei wymaga odwagi i nieco wsparcia z zewnątrz. Doświadczanie siebie w całej pełni jest pierwszym krokiem do zmiany. Sądzę, że jeśli ktoś myśli od dawna o terapii, a się na nią nie decyduje, to jest główny powód odwlekania: musiałby się skonfrontować ze wszystkim, co może mu się w sobie nie podobać (np. że wcale nie lubi pracować i jest nieodpowiedzialny, że kłamie, by inni go lubili, że zachowuje się jak swoja matka, choć zawsze powtarzała sobie, że nigdy taka będę).

Czasami też boimy się zobaczyć swoje dobre strony, bo przeszkadza nam w tym skrypt „jestem nie-ok“. Doświadczanie siebie w pełni, to zobaczenie swoich wad i zalet, czucie swojego ciała (np. co do mnie mówi mój dwudniowy ból głowy?), swoich emocji, śledzenie swojego toku myślowego, zastanawianie się nad znaczeniem snów, relacji z innymi itd. Umówmy się – to jest ciężka praca, choć pozornie hasło „doświadczaj siebie“ jest sielankowo-hedonistyczne.

Akceptacja siebie
Akceptowanie siebie takim, jakim się jest nie oznacza ślepego ubóstwiania wszystkich swoich blasków i cieni, lecz – nieoceniający stosunek do siebie. Z takim nastawieniem bowiem łatwiej jest zobaczyć, co mogę z tym zrobić? Jak mogę to zmienić? Słowem, wziąć odpowiedzialność. Gdy jesteśmy skupieni na ocenie, raczej sobie zaprzeczamy, wstydzimy się lub przeżywamy poczucie winy i to pochłania całą naszą energię. Życzliwe, kochające spojrzenie na siebie jest dostępne tym, którzy kiedyś zaznali go z zewnątrz – jako niemowlęta, gdy mama słodko do nich mówiła, nawet jak nie byli urodziwi, jako dzieci, gdy kochający dziadek bawił się z nimi, jako nastolatki, gdy ktoś ich pokochał. Rzadko jednak doświadczamy wystarczającej liczby wzmocnień dla takiego podejścia do siebie, by było uwewnętrznione. Wtedy ważne, by doświadczyć nieoceniającej, bezwarunkowej akceptacji, choćby od psychoterapeuty. Każdy z nas bowiem potrzebuje być przyjętym takim, jakim jest, a nie tylko pod warunkiem bycia dobrym, odpowiednim, idealnym.

Granice tolerancji
Czy zatem wszystko nam wolno? Zawsze jesteśmy OK, niezależnie od tego, jak postępujemy? Oczywiście odpowiedź jest przecząca. Z fotela terapeuty obchodzą mnie tylko trzy rzeczy w kwestii moralności: 1. Czy osoba, naprzeciwko której siedzę krzywdzi siebie? 2. Czy ta osoba krzywdzi innych? 3. Czy doświadcza krzywdy od kogoś innego? Są to – wcale nie takie obiektywne – kryteria oceny, co wymaga zmiany, która przyczyni się do polepszenia życia.

cały dekalog Gestalt

* W różnych źródłach spotkałam się z różnymi interpretacjami i itłumaczeniami tego punktu. Pierwsza z nich mówi: „Przestań sobie wyobrażać – doświadczaj tego, co rzeczywiste.“, a druga: „Akceptuj siebie takim, jakim jesteś“. Tytuł tego wpisu jest moją interpretacją, płynącą z połączenia tych dwóch wersji.

[Natalia Żuk]

Żyj teraz

Przeszłość już nie istnieje, przyszłość jeszcze się nie wydarzyła, istnieje jedynie teraźniejszość. Dziwne, prawda?

Wyrastamy z przeszłości
O tym, że nie sposób ignorować przeszłości szczególnie często przekonujemy się w gabinecie terapeutycznym. Wśród terapeutów czasami żartujemy, że koniec końców i tak zawsze chodzi o matkę (o relację z nią, ojcem, albo innymi ważnymi bliskimi). Przeszłość ma ogromne znaczenie, jest naszymi korzeniami, bazą, doświadczeniem (budującym i dewastującym) decyduje w dużej mierze o tym, kim jesteśmy. Jednak życie przeszłością jest unikaniem odpowiedzialności. Nie jest bowiem najważniejsze „to, co ze mną zrobiono, lecz to co ja sam zrobiłem z tym, co ze mną zrobiono” (J. P. Sartre).

Marzenie o panowaniu nad przyszłością
Często spotykanym złudzeniem jest przekonanie, że jeśli uda mi się zaplanować mnóstwo rzeczy, skontroluję swoją przyszłość, wyeliminuję przypadek i przewidzę zachowania innych. Jak każde zachowanie zabezpieczające, także i ciągłe próby przezwyciężenia niewiedzy dotyczącej przyszłości tylko podtrzymują lęk. Nie znam osoby, która zaangażowana jest w myślenie o przyszłości, a która nie doświadczałaby sporej dozy niepokoju. Spora część tego, co myślimy o przyszłości, to tylko wyobrażenia – nie są prawdziwe, są jedynie myślami, które wpływają na nasze emocje i zachowania.

Teraźniejszość, wolność, odpowiedzialność
Terapia gestalt często określana jest jako podejście skoncentrowane na „tu i teraz“. Gestaltyści wychodzą bowiem z założenia, że jedyne, czego możemy w pełni doświadczać to wszystko to, co dzieje się w chwili obecnej. Życie w teraźniejszości oznacza wolność. Wolność zaś, jak uczą nas egzystencjaliści, zawsze idzie w parze z odpowiedzialnością, a to jest wymagające. Dzięki terapii możemy się przekonać, że jest to także przyjemne i warte wysiłku.

Bogactwo teraźniejszości
Gdybyśmy na co dzień byli uważni, świat wewnętrzny i zewnętrzny okazałby się o wiele ciekawszy inspirujący i zdumiewający.
Dla mnie doświadczenie terapii (i na jednym, i na drugim fotelu, a także na materacach) jest wyjątkową chwilą, w której skupiam się na teraźniejszości, na kontakcie z drugą osobą, grupą, samą sobą. To, czego w ten sposób można doświadczyć jest piękne i głębokie, ale potrafi też zezłościć albo przestraszyć. Weźmy na przykład prawdziwą bliskość, która jest możliwa tylko w teraźniejszości. Większość z nas tak samo mocno pragnie jej, jak i lęka się, bo przecież wtedy można poczuć, że ktoś jest dla nas ważny, a to wymaga zaangażowania emocjonalnego, a także życia ze świadomością, że możemy kogoś stracić i wtedy będziemy cierpieć. Albo potrzeby: każda potrzeba, pragnienie sprawia nam samym i innym jakiś kłopot (dlatego często unikamy uświadamiania sobie ich). Jeśli zacznę być głodna i to poczuję, to muszę wstać od komputera, przerwać pisanie i iść do kuchni zrobić sobie coś do jedzenia. Jednakże, koncentrowanie się na teraźniejszości umożliwia nam realizowanie swoich pragnień, potrzeb i jest silnie związane z dążeniem do samoaktualizacji. Jeżeli spotkamy się z osobą, na widok której bije nam serce i chcemy chwycić ją za rękę, to możemy podjąć decyzję na bazie teraźniejszych doznań. Wówczas będziemy obserwować siebie, drugą osobę i dostrzegłszy zainteresowanie z jej strony, wykonamy ten ryzykowny krok i ujawnimy swoje uczucia. Może będzie z tego małżeństwo, może randka, a może tylko ciepłe spojrzenie. Możemy też podjąć decyzję na bazie przeszłości, czyli działając według tego, co już wiemy o sobie: że chłopak w liceum mnie rzucił, mama mówiła, że jestem głupi i nikt mnie nie zechce. Nawet jeśli mamy dobre doświadczenia, działając tylko na ich podstawie, nie jesteśmy otwarci na drugą osobę i nie widzimy jej naprawdę. Możemy też zachowywać się na bazie naszych przewidywań co do przyszłości. Oczywiście nic w tym złego, o ile mamy zakorzenione pozytywne scenariusze, ale niestety najczęściej spotykane są te negatywne.

Harmonia
Oczywiście, ważne, by umieć zachować równowagę. Co to znaczy?
– czerpać naukę ze swojej przeszłości, (a nie chować urazę, cierpieć, wchodzić w rolę ofiary, albo działać dla zemsty),
– doświadczać teraźniejszości tak, jak by była jedynym, co jest ważne,
– nie martwić się o to, co będzie; planować tylko to, co od nas zależy i to w niedalekiej przyszłości.

cały dekalog Gestalt – tutaj

[Natalia Żuk]

„Dekalog” Gestalt

czyli gestaltowski przepis na dobre życie:

1. Żyj teraz – zwracaj uwagę bardziej na teraźniejszość, niż przeszłość i przyszłość.

2. Żyj tutaj – zajmij się tym, co jest obecne, a nie tym, czego nie ma.

3. Doświadczaj siebie i akceptuj siebie takiego, jakim jesteś.

4. Przestań niepotrzebnie myśleć – zamiast tego patrz i smakuj, postrzegaj środowisko takim, jakie ono jest i z takim nawiązuj kontakt. 

5. Wyrażaj siebie – nie manipuluj, nie tłumacz, nie uzasadniaj, nie osądzaj.

6. Poddaj się przeżywaniu nieprzyjemności i bólu, tak jak poddajesz sie przeżywaniu przyjemności. Nie ograniczaj swojej świadomości.

7. Nie akceptuj żadnego “powinienieś” z wyjątkiem tego, co naprawdę twoje.

8. Weź pełną odpowiedzialność za swoje czyny, uczucia i myśli.

9. Otwórz się na zmianę i rozwój – zachowaj gotowość do eksperymentowania, by napotkać nowe sytuacje.

10. Bądź sobą i pozwól być sobą innym.

 

 

Powiązania sfer świadomości

Sposób myślenia jest ściśle powiązany zarówno z naszymi emocjami, reakcjami cielesnymi, jak i zachowaniami. Prosty przykład: mężczyzna „wie”, że kobieta, która mu się podoba sądzi, że on jest nieudacznikiem (fantazja, a bardziej fachowo – projekcja). W związku z tym, gdy ją spotyka, zaczyna się wstydzić, lękać o to, jak ona odpowie na jego przywitanie (emocje), trzęsą mu się dłonie i poci się okrutnie (ciało). Nie ma szans na to, by zamienić z nią dwa słowa o pogodzie, nie mówiąc już o zaproszeniu na kawę (zachowanie). Ponieważ zaniechał działania i nie nawiązał rozmowy z kobietą, potwierdził swoje pierwotne przekonanie – „Jestem nieudacznikiem, ona nawet na mnie nie spojrzy” (myśl). Przykład odwrotny? Kobieta czeka na rozmowę o pracę, w czasie której ma być przepytana z tematów, którymi miałaby się zajmować. Bardzo zależy jej na tej posadzie i słyszała, że rekruter jest arcysurowy. Zaczyna przeżywać przerażenie (uczucia), żołądek kurczy się, jelita pracują jak szalone (ciało), a w głowie – chaos i przewidywanie porażki (myśli). Zamiast rozwijać możliwe scenariusze zdarzeń, łącznie z tym, jak spłaci kredyt, jeśli nie dostanie tej pracy, skupia się na swoim oddechu, siada wyprostowana i mocno opiera stopy na podłodze. Oddycha coraz głębiej i swobodniej, liczy sekundy wdechu i wydechu, a może także powtarza sobie jakieś krzepiące zdanie. Myśli rzecz jasna ciągle się pojawiają (taka ich natura), kobieta zauważa je i pozwala im odpływać. Nadal czuje lekkie kłucie w żołądku, ale stres zmniejsza się, a co najważniejsze – nie eskaluje.

O ile nie jestem zwolenniczką oszukiwania się i „programowania na sukces”, o tyle uważam za rozsądne urealnianie się w rzeczywistości i bycie uważnym.

[Natalia Żuk]