Skoro martwi się nie żywią, to dlaczego żywi się martwią?

Zamartwianie się powodować może silny stres, a co za tym idzie – dolegliwości somatyczne (bóle brzucha, mdłości, zaburzenia trawienia, bezsenność, zaburzenia rytmu pracy serca, bóle głowy, a nawet – kręgosłupa). Czasami mówimy, że mamy zmartwienia, co miałoby wskazywać na obiektywną ich naturę. Tymczasem, to, czy się zamartwiamy zależy od naszej aktywności (poznawczej, emocjonalnej i działania). Może warto przyjrzeć się temu zjawisku nieco bliżej?

 

Co to właściwie znaczy „martwienie się” i na bazie jakiej emocji powstaje?

Słownik etymologiczny języka polskiego podaje, że do XV wieku źródłosłów wyrażenia „martwić”, czyli słowo „mrzeć”, odnosił się do uśmiercania. Dopiero od XVI wieku przyjęło się używanie go w kontekście myślenia z niepokojem o zgryzotach i troskach. Zaczęłam się więc zastanawiać, jakie powiązanie widzieli (świadomie lub nie) nasi przodkowie między zabijaniem a martwieniem się. Innymi słowy: czego się pozbawiamy, martwiąc się?

Zamartwianie się „zabiera” nas, naszą przytomną obecność z rzeczywistości i teraźniejszości, ponieważ oddając się zamartwianiu najbardziej w kontakcie jesteśmy ze swoim lękiem o przyszłość i myślami na ten temat. Cały proces wygląda zatem tak:

  1. chcemy określonego przebiegu zdarzeń w przyszłości,
  2. zakładamy, że z jakiegoś powodu on się nie zrealizuje i taki antycypowany stan rzeczy budzi nasz lęk,
  3. czujemy się wobec tego bezradni,
  4. zaczynamy myśleć, co można zrobić, by tego uniknąć (to może motywować do działania, czasami sensownego, czasami nie), jakie katastrofy przyniesie (to powoduje wzrost lęku), co powinniśmy byli zrobić, by nie stworzyć szansy powstania zagrożenia (to powoduje poczucie winy).

Biorąc pod uwagę dwa odczucia, których połączenie sprzyja zamartwianiu się, czyli lęk i poczucie bezradności, łatwo odgadnąć, że zamartwianie się jest pewną czynnością zastępczą, służącą obronie przed bezsilnością. Często odnosiłam – tak w życiu, jak i w gabinecie terapeutycznym – wrażenie, że kiedy ktoś się zamartwia, to tak naprawdę nie wierzy w to, że jest w danej sytuacji bezradny i owa aktywność umysłowa daje złudzenie, że odzyskuje sprawczość. Działa to moim zdaniem na tej samej zasadzie co takie behawioralne odpowiedniki radzenia sobie z lękiem jak: uczynienie znaku krzyża, gdy się boimy, spluwanie przez ramię, czy sekwencje ruchów baseballisty przed ważnym uderzeniem. Oczywiście, kiedy zaczynamy się martwić nie rozważamy tego tak dokładnie i decyzja, by zacząć się martwić nie zapada na poziomie świadomości – jest raczej nawykowym odruchem.

 

Czemu jedni się martwią, a inni nie?

Skoro już wiemy, że martwimy się po to, by nabrać poczucia, że jednak nie jesteśmy bezsilni i możemy nie dopuścić do sytuacji, która budzi nasz lęk, warto zastanowić się, dlaczego niektórzy są bardziej skłonni do zmartwień. Po pierwsze jako dzieci uczymy się naśladując naszych opiekunów i tą drogą nabywamy pierwsze „kompetencje” w zamartwianiu się. Po drugie, musimy mieć lękowy przekaz od opiekuna, najpewniej od matki o takiej np. treści: „świat jest niebezpieczny, a ludzie cię wykorzystają”, „stanie się coś złego”, „jeśli nie pomyślisz o wszystkim, spotka cię kara”, (bardzo polecam: http://www.polskieradio.pl/9/3901/Artykul/1461640,Leki-przechodza-z-pokolenia-na-pokolenie oraz http://www.ted.com/talks/annie_murphy_paul_what_we_learn_before_we_re_born). Po trzecie, ważną sprawą dla nas musi być kontrolowanie „sytuacji”, (gdyby tak nie było, po prostu zwinęlibyśmy się w kłębek i trwali w lęku i wycofaniu). Po czwarte, co związane z trzecim, mamy tendencję do życia przyszłością i przekonania, że musimy o nią zadbać lub zaplanować ją. Jak każde zachowanie zabezpieczające, także i ciągłe próby przezwyciężenia niewiedzy dotyczącej przyszłości tylko podtrzymują lęk. Nie znam osoby, która zaangażowana jest w myślenie o przyszłości, a która nie doświadczałaby jakiejś dozy niepokoju. W skrajnych przypadkach kompozycja takich uwarunkowań i cech tworzy zaburzenie obsesyjno-kompulsywne.

 

Jak się nie martwić?

Najpierw warto zbadać, czy w danej sytuacji nasze martwienie się cokolwiek może zmienić na lepsze. Jeśli od martwienia się przechodzimy do ułożenia planu i wprowadzenia go w życie, a potem doznajemy ukojenia, to jest OK (np. martwimy się o to, że z piecyka gazowego ulotni się czad i wobec tego montujemy czujnik, a potem śpimy spokojnie). Jeśli jednak nasz poziom napięcia nie obniża się, wówczas proponuję następujące kierunki działania:

  • zadaj sobie pytanie, co by się stało, gdybym się nie martwił?(nie chodzi tu o racjonalne myślenie, ale o odkrycie logiki przekazu rodzinnego lub emocjonalne zależności, więc odpowiedź może być irracjonalna);
  • skup się na teraźniejszości, zwłaszcza na swoim ciele, np. wykonując ćwiczenia fizyczne, zwłaszcza te tonujące jak joga;
  • pomedytuj lub pomódl;
  • wykonaj ćwiczenie „7 pulsów” (znajdź swój puls i zrób wdech trwający siedem uderzeń pulsu, tak samo długi wydech i całość powtórz siedem razy – jest to też świetny sposób radzenia sobie z napadem paniki);
  • poszukaj wsparcia u innych ludzi, którzy są ci życzliwi – „przegadywanie” problemu i zyskanie różnych punktów widzenia go może znacznie obniżyć lęk;
  • zadaj sobie pytanie, co jest w zakresie mojego wpływu? i planuj tylko to, co od ciebie zależy.

A jeśli sam nie możesz się uporać z zamartwianiem się, które stało się rodzajem obsesyjnego myślenia, udaj się na psychoterapię.

Natalia Żuk

Żyj teraz

Przeszłość już nie istnieje, przyszłość jeszcze się nie wydarzyła, istnieje jedynie teraźniejszość. Dziwne, prawda?

Wyrastamy z przeszłości
O tym, że nie sposób ignorować przeszłości szczególnie często przekonujemy się w gabinecie terapeutycznym. Wśród terapeutów czasami żartujemy, że koniec końców i tak zawsze chodzi o matkę (o relację z nią, ojcem, albo innymi ważnymi bliskimi). Przeszłość ma ogromne znaczenie, jest naszymi korzeniami, bazą, doświadczeniem (budującym i dewastującym) decyduje w dużej mierze o tym, kim jesteśmy. Jednak życie przeszłością jest unikaniem odpowiedzialności. Nie jest bowiem najważniejsze „to, co ze mną zrobiono, lecz to co ja sam zrobiłem z tym, co ze mną zrobiono” (J. P. Sartre).

Marzenie o panowaniu nad przyszłością
Często spotykanym złudzeniem jest przekonanie, że jeśli uda mi się zaplanować mnóstwo rzeczy, skontroluję swoją przyszłość, wyeliminuję przypadek i przewidzę zachowania innych. Jak każde zachowanie zabezpieczające, także i ciągłe próby przezwyciężenia niewiedzy dotyczącej przyszłości tylko podtrzymują lęk. Nie znam osoby, która zaangażowana jest w myślenie o przyszłości, a która nie doświadczałaby sporej dozy niepokoju. Spora część tego, co myślimy o przyszłości, to tylko wyobrażenia – nie są prawdziwe, są jedynie myślami, które wpływają na nasze emocje i zachowania.

Teraźniejszość, wolność, odpowiedzialność
Terapia gestalt często określana jest jako podejście skoncentrowane na „tu i teraz“. Gestaltyści wychodzą bowiem z założenia, że jedyne, czego możemy w pełni doświadczać to wszystko to, co dzieje się w chwili obecnej. Życie w teraźniejszości oznacza wolność. Wolność zaś, jak uczą nas egzystencjaliści, zawsze idzie w parze z odpowiedzialnością, a to jest wymagające. Dzięki terapii możemy się przekonać, że jest to także przyjemne i warte wysiłku.

Bogactwo teraźniejszości
Gdybyśmy na co dzień byli uważni, świat wewnętrzny i zewnętrzny okazałby się o wiele ciekawszy inspirujący i zdumiewający.
Dla mnie doświadczenie terapii (i na jednym, i na drugim fotelu, a także na materacach) jest wyjątkową chwilą, w której skupiam się na teraźniejszości, na kontakcie z drugą osobą, grupą, samą sobą. To, czego w ten sposób można doświadczyć jest piękne i głębokie, ale potrafi też zezłościć albo przestraszyć. Weźmy na przykład prawdziwą bliskość, która jest możliwa tylko w teraźniejszości. Większość z nas tak samo mocno pragnie jej, jak i lęka się, bo przecież wtedy można poczuć, że ktoś jest dla nas ważny, a to wymaga zaangażowania emocjonalnego, a także życia ze świadomością, że możemy kogoś stracić i wtedy będziemy cierpieć. Albo potrzeby: każda potrzeba, pragnienie sprawia nam samym i innym jakiś kłopot (dlatego często unikamy uświadamiania sobie ich). Jeśli zacznę być głodna i to poczuję, to muszę wstać od komputera, przerwać pisanie i iść do kuchni zrobić sobie coś do jedzenia. Jednakże, koncentrowanie się na teraźniejszości umożliwia nam realizowanie swoich pragnień, potrzeb i jest silnie związane z dążeniem do samoaktualizacji. Jeżeli spotkamy się z osobą, na widok której bije nam serce i chcemy chwycić ją za rękę, to możemy podjąć decyzję na bazie teraźniejszych doznań. Wówczas będziemy obserwować siebie, drugą osobę i dostrzegłszy zainteresowanie z jej strony, wykonamy ten ryzykowny krok i ujawnimy swoje uczucia. Może będzie z tego małżeństwo, może randka, a może tylko ciepłe spojrzenie. Możemy też podjąć decyzję na bazie przeszłości, czyli działając według tego, co już wiemy o sobie: że chłopak w liceum mnie rzucił, mama mówiła, że jestem głupi i nikt mnie nie zechce. Nawet jeśli mamy dobre doświadczenia, działając tylko na ich podstawie, nie jesteśmy otwarci na drugą osobę i nie widzimy jej naprawdę. Możemy też zachowywać się na bazie naszych przewidywań co do przyszłości. Oczywiście nic w tym złego, o ile mamy zakorzenione pozytywne scenariusze, ale niestety najczęściej spotykane są te negatywne.

Harmonia
Oczywiście, ważne, by umieć zachować równowagę. Co to znaczy?
– czerpać naukę ze swojej przeszłości, (a nie chować urazę, cierpieć, wchodzić w rolę ofiary, albo działać dla zemsty),
– doświadczać teraźniejszości tak, jak by była jedynym, co jest ważne,
– nie martwić się o to, co będzie; planować tylko to, co od nas zależy i to w niedalekiej przyszłości.

cały dekalog Gestalt – tutaj

[Natalia Żuk]