Weź pełną odpowiedzialność za swoje* czyny, uczucia i myśli

Mam nadzieję, że tekst ten nie będzie zbyt moralizatorski; chociaż nie chciałam za wszelką cenę unikać jego etycznego wydźwięku, ponieważ mówiąc o odpowiedzialności po trosze do niej wzywam.

Na wielu stronach poświęconych terapii Gestalt znajdziecie cytat z egzystencjalisty, J.P. Sartre’a:

Nie to jest ważne, co ze mną zrobiono, lecz to, co ja sam zrobiłem z tym, co ze mną zrobiono.

Co to oznacza?

Jeśli to, co z tobą zrobiono to coś dobrego i budującego, np. rodzice w sensowny sposób odzwierciedlali to, jakim byłeś fajnym chłopcem, to jako dorosła osoba jesteś odpowiedzialny za to, jak wykorzystasz swoje zasoby, talenty. Do ciebie należy decyzja, czy swoją siłę wykorzystasz do pomagania społeczeństwu, do zapewnienia wiktu sobie i rodzinie, do zrobienia świetnego interesu, czy do okradzenia kogoś lub pobicia go.

Jeśli to, co z tobą zrobiono, można ująć w kategoriach krzywdy lub przemocy, masz wybór: pielęgnować bycie ofiarą, sublimować cierpienie (np. przez tworzenie sztuki), przygotowywać się do zemsty, wybaczyć sprawcy i żyć dalej lub wyprzeć uraz ze świadomości. Oczywiście większość z tych „wyborów” pozostaje poza naszą wolą dopóki nie wydarzy się  coś przełomowego i uświadamiającego nam, jakiego wyboru dokonaliśmy (nawet na przedświadomym poziomie, jako dzieci).

Wiele osób pyta mnie, po co mi właściwie świadomość, że skoro tata nie cieszył się, że jestem dziewczynką, to nie umiem znaleźć teraz mężczyzny, który by mnie kochał? Właśnie po to, byś mogła wziąć odpowiedzialność za to, co robisz ze swoim bieżącym doświadczeniem: nadal potwierdzać przekaz taty, że się nie nadajesz do kochania, czy się skonfrontować z tym, co robisz, gdy spotykasz (całkiem dorzecznego) mężczyznę. Niektórzy twierdzą nawet, że sama świadomość wystarcza do zmiany i jest ostatecznym celem terapii. Ja bym jednak do tego dodała, że ważny jest też krok dalszy: skoro wiem, jaką mam tendencję, to szybciej rozpoznaję, kiedy działam automatycznie i mogę zdecydować w danej sytuacji, że zachowam się inaczej.

Odpowiadasz za to przed instancją, jaką sobie wybierzesz: przodkami (czyż nie dlatego dochowujemy tradycji?), partnerem, dziećmi (ilu rodziców postanawia rozpocząć terapię, by być lepszym wzorcem dla swoich pociech?), sądem, Bogiem, samym sobą.


Sposoby wyrzekania się odpowiedzialności

Odpowiedzialność zawsze istnieje – można ją tylko różnie przypisywać: sobie, innym, „sytuacji” (nigdy nie wiem, co to znaczy), losowi lub światu.

  • Procedury językowe w terapii Gestalt – specyficzny sposób użycia języka

Do najbardziej rozpowszechnionych należą takie zwroty jak: nie mogę i muszę. Dzięki nim unikamy pójścia na niezbyt nęcące spotkanie, tłumacząc, że nie mamy wyboru. Jakkolwiek społecznie przydatne, uniemożliwiają kontakt z drugim człowiekiem i ze sobą, a nadużywane dają nam poczucie, że nic od nas nie zależy. Swoją drogą, osoby, które szczególnie często myślą/mówią, że coś muszą, mają za sobą dzieciństwo wypełnione obowiązkami i przymusami, których niedopilnowanie okupione było lękiem przed jakąś katastrofą (gniewem rodzica, karą, poniżeniem).

Innym zabiegiem językowym jest niewskazywanie konkretnego podmiotu odpowiedzialnego za działanie, gdy mówimy np.: stało się; udało (mi) się; człowiek lubi dobrze zjeść; na wesele zaprasza się chrzestnych. Odwołujemy się wówczas do pewnego utartej społecznie „prawdy”, zwyczaju lub mody, które niejako ograniczają do minimum opcje naszego zachowania. Podobnie jest z używaniem słów: trzeba i (nieco „lżejszych”) należy, powinno się.

  • Konfluencja – psychiczne „zlanie się” z drugą osobą

Patrząc na konfluencję pod kątem dystrybucji odpowiedzialności, oddajemy ją drugiej osobie, jednocześnie unikając zidentyfikowania swoich chęci, potrzeb, preferencji. Taki dialog:

Kochanie, co chcesz zjeść na obiad?
– A ty?
– Nie wiem, mógłbym zrobić spaghetti albo zamówić pizzę.
– Jak wolisz.

Mówiąc żargonem, za tym mechnizmem stoi lęk przed wyodrębnieniem się i przed wyłonieniem swojej figury. O ile konfluencja pomaga nam zachwycać się osobą, w której się zakochaliśmy, a jako niemowlętom umożliwiała przetrwanie, o tyle w dorosłym życiu jest po pierwsze denerwująca dla osób z otoczenia, a po drugie – jak wejdzie w krew – powoduje, że któregoś dnia załamujemy się, bo już nie wiemy, ani kim jesteśmy, ani czego chcemy w życiu. Warto pamiętać, że w relacjach miłosnych to właśnie różnica między Ja a Ty nas pociąga i podnieca, a nie to, że druga osoba jest taka jak my lub uległa i… bezpłciowa.

  • Projekcja – przypisywanie innym tego, co jest nasze

Niejednokrotnie łatwiej nam widzieć w innych to, czego sami w sobie nie lubimy. Przykłady? „Widzimy” w interlokutorze, że ten złości się na nas, podczas, gdy to my się wkurzyliśmy na jego ostatnie słowa. Innym przykładem byłaby sytuacja, w której obawiamy się, że komuś bardzo się podobamy, a ten ktoś nam nie, więc zaczynamy go unikać, podczas gdy to nas ta osoba pociąga i obawiamy się tego, że pociąg do niej jest w jakiś sposób niewłaściwy – zagraża naszemu związkowi lub jest niezgodny z naszą (deklarowaną) orientacją seksualną.

Często projektujemy na innych także w bardziej subtelny sposób, a mianowicie, używając czasowników w drugiej osobie liczby pojedynczej zamiast – w pierwszej. Mówimy: facebook mnie rozprasza; wkurzasz mnie; ten film mnie nudzi; to, co robisz mnie rani. W ten sposób winę za nasz nieprzyjemny stan emocjonalny przypisujemy innym, sami pozostając nieskazitelnymi. Prawda jest zaś taka, że pomiędzy tym, co ktoś/coś robi (wobec nas) są jeszcze: nasza wybiórcza percepcja, interpretacja, interesy i różnorodne emocje.

  • Profleksja – robienie innym tego, co chcielibyśmy, by uczyniono nam

Najczęściej dotyczy to sytuacji społecznie uznanych za czynienie dobra, ale dla „obdarowywanego” jest to nad wyraz męczące lub irytujące. Scena przy rodzinnym obiedzie: babcia nakłada wszystkim dodatkowe porcje jedzenia, podczas gdy sama już jadłam jak gotowałam. Oczywiście, to bardzo szlachetnie i naturalnie, że nasi opiekunowie o nas dbają. Obserwując jednak takie sytuacje, mam wrażenie, że owi opiekunowie stosują „przemoc w białych rękawiczkach”, ponieważ nie widzą swoich pociech i nie zadają kluczowego pytania: czego chcesz? Czego potrzebujesz? (Ta uwaga dotyczy także wszystkich wykonujących zawód pomocowy, którzy pozwalają, by ich tendencje ratownicze grały pierwsze skrzypce w kontakcie z klientami). Profleksję wzmaga też przykazanie: kochaj bliźniego swego jak siebie samego, gdy pomijamy umiłowanie samych siebie i stajemy się matką-Polką.

Ludzie, którzy stosują profleksję są bliscy łez, gdy mają przyjąć od kogoś podarunek, ponieważ nigdy nie miei okazji dostać tego, czego potrzebowali lub o czym marzyli; ich rodzice pokazywali im, że ich potrzeby nie są ważne. Znakomicie jednak wyczuwają najlżejsze sygnały, że ktoś może czegoś chcieć od nich (niestety też często dokonują nadinterpretacji) i biegną z pomocą. Tymczasem, głęboko pod spodem, jest ich niezaspokojenie i wyparte pragnienie doznania opieki i dobroci.

  • Bierna agresja, czyli foch

Dobrze ilustruje ją dowcip rysunkowy Andrzeja Mleczki, w którym kobieta zwraca się do mężczyzny: Pewnie myślisz, że przez ostatnie dwie godziny milczałam tak sobie… Nie, mój drogi! Ja milczałam znacząco (http://sklep.mleczko.pl/environment/cache/images/0_0_productGfx_208eab414a8f60488204fbe453ef5a0b.jpg). Sednem sprawy w biernej agresji jest przeżywanie złości, frustracji itp. i powstrzymanie się od ich wyrażania wprost przy jednoczesnym wycofaniu się ze spontanicznego kontaktu z osobą, na którą jesteśmy źli. Co ma do tego odpowiedzialność? Unikamy w ten sposób konfrontacji z drugą osobą i ze swoimi emocjami. Ten, kto kiedykolwiek taką grę uprawiał, wie dobrze, że wówczas atmosfera gęstnieje tak bardzo, że druga osoba w końcu wyczuwa, że coś jest nie tak i wtedy można liczyć na to, że to ona rozpocznie działania zmierzające do wyjaśnienia sytuacji.

 

Sposoby brania odpowiedzialności

Jak w takim razie wziąć odpowiedzialność za swoje życie?

  • Wychowanie do odpowiedzialności

Obrazek podczas ubierania (się) kilkulatki:

Chcesz założyć żółtą sukienkę czy niebieską?
– Nie wiem!
– Nie wybiorę za ciebie.
– Ja nie wiem!
– Poczekam aż się zdecydujesz. Dopiero potem wyjdziemy.
– Sam wybierz!
– Nie, to twoje ubranko.

Ta dramatyczna i okupiona napięciem historyjka pokazuje, jak możemy wychowywać dziecko, by pokazać mu, że jest bytem wolnym, a wolność zawsze idzie w parze w odpowiedzialnością (tak, niestety). Gdyby rodzic zdecydował za dziecko, mogłoby się czuć stłamszone, (bo było bierne) lub niezadowolone, (bo rodzic pominął jego preferencje). Uczyłoby się, że sytuacja życiowa jest niejako dana z góry i trzeba się do niej albo dostosować (tu rozwija się konfluencja), buntować (w mniej lub bardziej otwarty sposób) lub być jej ofiarą (wyuczona bezradność i postrzeganie świata w kategoriach kat-ofiara). Podobnie rzecz ma się w procesie psychoterapii, gdy klient stara się zachować tak, by to terapeuta zdecydował, co ma klient zrobić. Jeśli terapeuta odpowie pozytywnie na to wezwanie, wpadną w pułapkę – może dojść albo do dewaluacji terapeuty (No tak, nic, co robisz mi nie pomaga/krzywdzi mnie) i wejścia w rolę ofiary albo do idealizacji terapeuty (Na pewno masz dla mnie wspaniały pomysł!) i poczucia braku kontroli nad swoimi wyborami (To nie ja się zmieniłam, tylko ty mnie uzdrowiłaś).

  • Zmiana języka

Ludwig Wittgenstein był zdania, że granice mojego języka są granicami mojego świata. Zdecydowanie się z nim zgadzam – język, słowa, których używamy mają wpływ na to, jak kształtujemy relację ze sobą i ze światem, a także są ich odzwierciedleniem. Dla tych, którzy chcą poczuć się wolnymi, mam poradę: włączcie do swojego codziennego słownika:

wybieram, np.: obiecałam sobie codziennie ćwiczyć i jednocześnie wybieram, że w tym czasie napiszę artykuł (;)) zamiast: powinnam teraz poćwiczyć;

decyduję się, np.: podobają mi się inne kobiety i chętnie nawiązałbym romans, ale decyduję się dochować wierności, zamiast: nie mogę być niewierny lub poświęcę się dla związku;

robię (chodzi mi o „bezpośrednie” czasowniki, które pozwalają unikać operatorów możliwości i tłumaczenia się), np. nie spotkam się z tobą w poniedziałek zamiast: nie mogę spotkać się z tobą, bo…;

chcę/nie chcę zamiast: wolałabym, chciałabym;

proszę cię o… zamiast byłoby dobrze, przydałoby się, np. posprzątaj po sobie, proszę zamiast: byłoby dobrze tu sprzątnąć;

nie zgadzam się.

  • Zmiana zachowania

W internecie krąży tekst, który prosto opisuje, na czym polega branie odpowiedzialności za swoje emocje i potrzeby, której uczymy w Gestalcie. Obok cytowanego tekstu wstawiłam odpowiedzi, jakie słyszę od klientów i które powodują ich cierpienie. A powodują one co u ciebie?

Tęsknisz za kimś? Zadzwoń.

[Niech on zadzwoni! Jak może mnie tak ignorować?]

Chcesz się spotkać? Zaproś. 

[O, co to, to nie! Ile razy już zapraszałam?!]

Pragniesz zrozumienia? Wyjaśnij.

[Powinien się domyśleć!]

Masz pytanie? Zapytaj.

[Eee, moje pytanie jest głupie./Co on sobie o mnie pomyśli?]

Nie lubisz czegoś? Przyznaj to.

[Nie mógłbym – byłoby jej przykro.]

Lubisz coś? Nie kryj się z tym.

[Nie, to mało ważne.]

Chcesz czegoś? Poproś.

[Nie mogłabym okazać takiej słabości!]

Kochasz kogoś? Okaż to.

[Wstydzę się./Boję się jej reakcji.]


Po co właściwie brać na siebie ciężar odpowiedzialności?

– aby zyskać poczucie wpływu na swoje życie;

– aby mieć kontakt ze sobą, a przez to zyskać poczucie siły wewnętrznej;

– aby nawiązać kontakt z innymi, a przez to – autentyczne i życiodajne relacje międzyludzkie;

– aby zyskać poczucie wolności, (bo wolność jako taką, to już mamy).

* Swoje to ważne słowo w tym „przykazaniu”, zwłaszcza w kontekście nadodopowiedzialności, czyli tendencji czy zachowania, w których podmiot czuje się odpowiedzialny również za to, co nie należy do niego. Osoby nadodpowiedzialne nie tylko dają się wykorzystywać i tego nie dostrzegają, ale też mają słabe wyczucie granic innych ludzi, co może powodować liczne konflikty interpersonalne. Ale może o nadodpowiedzialności – innym razem.

[Natalia Żuk]

Nie akceptuj żadnego „powinieneś” za wyjątkiem tego, które jest naprawdę twoje

Powinnam jeszcze dzisiaj posprzątać. Nie mogę odejść od niej. Muszę już iść. Gdybyśmy zrobili sobie zapis wszystkich zdań, jakie codziennie wypowiadamy, można by pomyśleć, że jesteśmy poddani jakimś bliżej nieokreślonym siłom, którym winni jesteśmy posłuszeństwo.

 

Dzieciństwo tym się różni od dorosłości…

To była prawda, gdy byliśmy dziećmi. Wtedy niewykonanie polecenia rodzica groziło emocjonalnym obciążeniem (stresem, strachem) lub utratą (akceptacji, miłości). Jeśli nawet były chwilowe, dla dziecka bywa to zagrożeniem istnienia (w sensie emocjonlanym lub fizycznym). Niejednokrotnie słyszałam o niemądrych, niegodziwych sposobach „wychowawczych”, uzależniających dostanie posiłku od idealnego odrobienia pracy domowej, co skutkowało głodzeniem dziecka do późnych godzin nocnych, albo o szantażujących stwierdzeniach typu: jak tak robisz, to mamusię serce boli! Zatem w dzieciństwie naprawdę musieliśmy coś zrobić (konieczność) i powinniśmy byli coś robić, (niewykonanie tego okupywane było poczuciem winy lub wstydem). Zresztą, trudno mi potępić wpajanie dzieciom różnych zasad kindersztuby, zasad moralnych, dobrego wychowania czy okazywania szacunku starszym. One powodują, że życie w społeczeństwie jest znośne, a czasami nawet miłe.

W miarę zyskiwania dojrzałości, (nie jest to oczywiście moment odebrania dowodu tożsamości, ale wieloletni proces, do końca którego nie każdy dociera), przekonujemy się, że każdy jest de facto odpowiedzialny za siebie. Daje to poczucie wolności, że możemy robić i myśleć cokolwiek zechcemy, ale też jest przerażające.

Wolność, osobność i odpowiedzialność

Egzystencjalną konsekwencją takiej postawy jest uświadomienie sobie własnej osobności/ samotności. Jeśli jestem odpowiedzialna tylko za siebie (i swoje potomstwo, jeśli je posiadam), to znaczy, że również bliska mi osoba jest odpowiedzialna tylko za siebie. Jest zupełnie osobna ode mnie i nie jest „winna” mojemu niezadowoleniu lub zadowoleniu. Niejako tracę możliwość przerzucania na nią odpowiedzialności za to, jak się czuję (np. przez ciebie jestem nieszczęśliwa)oraz kontrolowania jej (np. sprawdzania wyników czyichś badań i „zmuszania” do zmiany diety). Mam obowiązek zadbania o siebie (np. skoro jestem nieszczęśliwa, mogę coś z tym zrobić) i szanuję odrębność drugiej osoby, traktując ją jak dorosłą (czyli nie wiem, co jest dla niej „obiektywnie” lepsze, mam tylko swoją opinię).

Związanie

Różne powinności często są pokarmem dla życia rodziny. Często nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak wiele z nich uwewnętrzniliśmy, połknęliśmy w całości jako dzieci, czyli w okresie, gdy jeszcze nie myśleliśmy o naszym rodzinnym uniwersum krytycznie. O tym, że coś nie jest oczywiste przekonujemy się, gdy próbujemy opowiedzieć o tych „koniecznościach” komuś spoza rodziny. Wtedy werbalizujemy zasady, które w rodzinie działają „podskórnie”, a reakcja drugiej osoby może nas skłonić do refleksji. Możemy sobie zdać sprawę, że jeśli ciotka wymaga wielogodzinnego siedzenia przy suto zastawionym stole, nie oznacza to, że powinniśmy to robić. Na serio. Choć oczywiście z różnych względów możemy się na to zdecydować. Jeśli uznasz, że wybierasz, decyzje nabierają ciężaru; mówienie, że się musi jest ucieczką od odpowiedzialności, dobrą wymówką, skrywaniem się za zdaniem Innego. Co dobrego masz z takiego unikania odpowiedzialności za siebie?

Operatory możliwości

W Gestalcie bardzo zwracamy uwagę na język, a szczególnie wyczuleni jesteśmy na tzw. operatory możliwości, czyli: muszę, chcę, mogę, powinienem itp. Podkreślamy, że czyjeś powinieneś staje się twoim muszę, gdy na to pozwolisz. Często powtarzam swoim klientom, że musisz to oddychać, jeść, pić i wydalać. To decyduje o przetrwaniu. Cała reszta zależy od twojej decyzji. Kiedy ktoś jest przekonany, że musi coś zrobić, pytam, co się stanie, gdy tego nie zrobi. Analizujemy wtedy przeróżne „katastrofy”, które mogą nastąpić, a następnie patrzymy, które z nich są pewne, które są do zaakceptowania. Jedną z częstych obaw ludzi jest to, że ktoś inny będzie na nich zezłoszczony lub źle ich oceni. Czasami okazuje się, że są to dla danej osoby tak wielkie nieprzyjemności, że wybiera podporządkowanie się woli Innego. Wtedy jednak zaczyna przeżywać to nie jako coś oczywistego, ale jako swój wybór, który ma określone zalety i wady (np. oznacza zachowanie bezkonfliktowej relacji kosztem swoich potrzeb).

Co dalej?     

Przypuśćmy, że już rozróżniamy czyjeś oczekiwania od swoich wyborów, czy decydujemy się im sprostać, czy nie. To jest jednak dopiero początek drogi, której nazwa brzmi: Czego ja chcę? Bywa to droga bardzo przyjemna i pełna przygód. Najczęściej jednak wyruszenie w nią budzi w nas (niemal egzystencjalny) lęk i poczucie zagubienia. Jednak uważam, że warto, bo bez porzucenia zależnej i nieświadomej postawy, nie sposób dotrzeć do samego siebie i czuć się w porządku.

[Natalia Żuk]

Doświadczaj siebie i akceptuj siebie takiego, jakim jesteś *

W 1970 roku Arnold Beisser sformułował paradoksalną teorię zmiany. Głosi ona, iż zmieniamy się dopiero wtedy, gdy staniemy się sobą.

Zaprzeczanie sobie
Często w gabinecie słyszę: chciałbym to przełamać w sobie; nie chcę tego czuć itp. Na takie zdania reaguję emocjonalną reakcją alergiczną, ponieważ są zaprzeczeniem sobie. Każdy z nas był dzieckiem i niektórzy pamiętają, jak reagowali, gdy ktoś do czegoś ich zmuszał: jedzenia nielubianej potrawy, odrabiania lekcji, pozostania w domu albo zabronienia „mazania się“, czyli płaczu. Jakie to było? Jakie reakcje emocjonalne i fizyczne to wywoływało? Napięcie, stres, podległość wynikającą ze strachu (bądź szacunku, choć w to powątpiewam), pod którą gotowała się wściekłość, poczucie skrzywdzenia, niezrozumienia. W takich momentach można nie znosić własnych rodziców czy opiekunów. A jednak taki stosunek do samego siebie często zostaje uwewnętrzniony i ilekroć nie jesteśmy prawidłowi, wystarczająco dobrzy lub doświadczamy dyskomfortu, mówimy do siebie: nie czuj tego; zmień się do jasnej pogody; nie potrzebuj tego; nie rób tamtego; boże, jaki jesteś beznadziejny! W takich warunkach nie możemy dokonać zmiany, ewoluować, rozwinąć się. Może przyniesie to jakiś skutek, ale będzie on osiągany drogą przemocy wobec samego siebie. Często też takie pełne dezaprobaty podejście do siebie powoduje, że nie możemy nawet siebie poznać, przestaje nas obchodzić, jacy jesteśmy; liczy się tylko to, że nie-tacy. Czy zatem gestaltyści uważają, że nie mamy po co się zmieniać?

Samoświadomość
W terapii gestalt pierwszoplanowe miejsce przypada temu, co jest, czyli (samo)świadomości. Ona z kolei wymaga odwagi i nieco wsparcia z zewnątrz. Doświadczanie siebie w całej pełni jest pierwszym krokiem do zmiany. Sądzę, że jeśli ktoś myśli od dawna o terapii, a się na nią nie decyduje, to jest główny powód odwlekania: musiałby się skonfrontować ze wszystkim, co może mu się w sobie nie podobać (np. że wcale nie lubi pracować i jest nieodpowiedzialny, że kłamie, by inni go lubili, że zachowuje się jak swoja matka, choć zawsze powtarzała sobie, że nigdy taka będę).

Czasami też boimy się zobaczyć swoje dobre strony, bo przeszkadza nam w tym skrypt „jestem nie-ok“. Doświadczanie siebie w pełni, to zobaczenie swoich wad i zalet, czucie swojego ciała (np. co do mnie mówi mój dwudniowy ból głowy?), swoich emocji, śledzenie swojego toku myślowego, zastanawianie się nad znaczeniem snów, relacji z innymi itd. Umówmy się – to jest ciężka praca, choć pozornie hasło „doświadczaj siebie“ jest sielankowo-hedonistyczne.

Akceptacja siebie
Akceptowanie siebie takim, jakim się jest nie oznacza ślepego ubóstwiania wszystkich swoich blasków i cieni, lecz – nieoceniający stosunek do siebie. Z takim nastawieniem bowiem łatwiej jest zobaczyć, co mogę z tym zrobić? Jak mogę to zmienić? Słowem, wziąć odpowiedzialność. Gdy jesteśmy skupieni na ocenie, raczej sobie zaprzeczamy, wstydzimy się lub przeżywamy poczucie winy i to pochłania całą naszą energię. Życzliwe, kochające spojrzenie na siebie jest dostępne tym, którzy kiedyś zaznali go z zewnątrz – jako niemowlęta, gdy mama słodko do nich mówiła, nawet jak nie byli urodziwi, jako dzieci, gdy kochający dziadek bawił się z nimi, jako nastolatki, gdy ktoś ich pokochał. Rzadko jednak doświadczamy wystarczającej liczby wzmocnień dla takiego podejścia do siebie, by było uwewnętrznione. Wtedy ważne, by doświadczyć nieoceniającej, bezwarunkowej akceptacji, choćby od psychoterapeuty. Każdy z nas bowiem potrzebuje być przyjętym takim, jakim jest, a nie tylko pod warunkiem bycia dobrym, odpowiednim, idealnym.

Granice tolerancji
Czy zatem wszystko nam wolno? Zawsze jesteśmy OK, niezależnie od tego, jak postępujemy? Oczywiście odpowiedź jest przecząca. Z fotela terapeuty obchodzą mnie tylko trzy rzeczy w kwestii moralności: 1. Czy osoba, naprzeciwko której siedzę krzywdzi siebie? 2. Czy ta osoba krzywdzi innych? 3. Czy doświadcza krzywdy od kogoś innego? Są to – wcale nie takie obiektywne – kryteria oceny, co wymaga zmiany, która przyczyni się do polepszenia życia.

cały dekalog Gestalt

* W różnych źródłach spotkałam się z różnymi interpretacjami i itłumaczeniami tego punktu. Pierwsza z nich mówi: „Przestań sobie wyobrażać – doświadczaj tego, co rzeczywiste.“, a druga: „Akceptuj siebie takim, jakim jesteś“. Tytuł tego wpisu jest moją interpretacją, płynącą z połączenia tych dwóch wersji.

[Natalia Żuk]